11 - 03 - 2015

Pomiędzy ideałem a taktyką


Stanem wręcz idealnym byłaby pełna swoboda i wolność człowieka w podejmowaniu decyzji określających życie własne i swoich najbliższych, zwolnienie z ponoszenia ciężarów związanych z biurokratycznym państwem. Jego obecne funkcje doskonale zastąpiłoby zorganizowane społeczeństwo, w którego interesie leżałoby zapewnienie sobie bezpieczeństwa, jak i warunków służących koegzystencji i rozwojowi. Utopią nie jest samoorganizacja społeczna, ale „holiłudzka” wizja kompletnego kataklizmu po upadku struktur państwa. Szczególnie, że wiele inicjatyw prywatnych i prospołecznych funkcjonuje nawet dzisiaj, w niesprzyjających warunkach, które wyznacza prawno-fiskalny ucisk biurokracji.

Usługi publiczne

Nasza rzeczywistość jest taka, że państwowy pośrednik łupie nas nie tylko na rzecz utrzymywania użytecznych dla nas instytucji, typu szkoły, szpitale itp., ale pobiera dodatkowo jeszcze za to środki na swoje utrzymanie. To taka dodatkowa prowizja, a nazywając rzeczy po imieniu – haracz. Czy w związku z tym szkoły czy szpitale należałoby odpaństwowić i uspołecznić? Jeśli „uspołecznić” oznaczałoby, że nadzór nad placówką przechodzi z rąk niewydolnej instytucji, jaką jest państwo, w ręce specjalistycznego gremium społecznego, to jak najbardziej. Chodzi o pozbycie się tego paserstwa państwowego, które generuje dodatkowe koszty. Wyeliminowanie biurokracji państwowej na tym polu to oszczędność i więcej pieniędzy w portfelach ludzi. To także wolność w decydowaniu o kierunkach lokowania własnych środków finansowych. Nie ma już przymusu podatkowego, żadnych ustaw ani odgórnych rozporządzeń. Pojawia się inicjatywa własna, gdzie o kierunkach kształcenia decydują rodzice swoich dzieci. Nie o specyfice i sposobie kształcenia, co samo w sobie jest zjawiskiem negatywnym, o czym można poczytać kilka stronnic wstecz, ale kierunku, w jakim powinno kształcić się nasze dziecko. Dlaczego to bowiem państwo, a więc jakieś wąskie grono urzędników, powinno za nas ustalać, czego mają się uczyć nasze dzieci?   

Wracając do naszej rzeczywistości. Ów nieszczęsny państwowy paser znajduje się nad nami i trzeba się jakoś odnaleźć w kreowanych przez niego warunkach. Zanim więc zbliżymy się do ideału, w którym to ludzie podejmują decyzje, a nie robią tego za nich urzędnicy, należy przyjąć adekwatną do tych warunków taktykę. Tym rozwiązaniem taktycznym wobec państwa będzie na chwilę obecną nieustanne domaganie się od niego, aby nie zaniedbywało sfery publicznej i oddawało na nią potrzebne środki, uzyskane pod postacią podatków, a więc od samych obywateli.  

Dlatego jeśli słyszymy od władzy o konieczności cięć w sferze publicznej, należy zawsze stawiać zacięty opór przeciwko szukaniu oszczędności w dziedzinach, od których dobrego funkcjonowania często zależy nasze życie i zdrowie (szpitale), pomyślna przyszłość (szkoły, biblioteki), czy po prostu komfort życia (transport publiczny itp.). Ekonomiczne uzasadnienia władz o konieczności redukcji wydatków na te dziedziny nie mają żadnych racjonalnych podstaw, skoro pieniądze na ich funkcjonowanie pochodzą od ludzi, a jedynym winnym podnoszenia kosztów ich funkcjonowania pozostaje właśnie nieporadna i niewydolna biurokracja.

Celem strony obywatelskiej powinno być wówczas domaganie się redukcji i cięć po stronie urzędniczej, w całej tej rozbudowanej biurokratycznej machinie wyzysku. W końcu to rozbudowana do granic absurdu biurokracja generuje większe koszty funkcjonowania danej dziedziny życia publicznego, kontrolowanej przez różnego rodzaju agendy państwowe. Dlaczego więc to społeczeństwo powinno płacić za niewydolność i niegospodarność pasera, i do tego uiszczać jeszcze dodatkowy haracz na jego funkcjonowanie, skoro ten paser nie wywiązuje się nawet ze swoich podstawowych obowiązków?

Niech więc to państwo ponosi koszty pogarszającego się dostępu do podstawowych usług, typu opieka lekarska czy korzystanie z placówek edukacyjnych przez nasze dzieci. Przerzucanie tych kosztów na obywateli to podwójny bandytyzm – najpierw haracz, potem jeszcze ograniczanie dostępu do usług publicznych, bo urzędnicy nie potrafią sprawić, aby dana placówka była rentowna, przez co szukają na nią dodatkowych środków w kieszeniach niewinnych obywateli.     

Ideał na przyszłość – pozbycie się państwowego pasera i jego haraczu, taktyka na teraźniejszość – obrona usług publicznych, które choć finansowane z kieszeni obywateli, ulegają degradacji w rękach państwowych zarządców. W ramach taktyki nie może obejść się również bez ciągłego podkreślania konieczności wydatkowania środków publicznych, czyli obywatelskich, zgodnie z wolą samych obywateli. Tego wymagałaby sprawiedliwość, użyteczność (bo to ludzie, a nie urzędnik najlepiej wiedzą na co wydawać swoje pieniądze) i wola przejmowania społecznej kontroli nad sferą usług publicznych w ramach drążenia systemu państwowego. Im więcej będziemy wydzierać paserowi jego kompetencji, tym bliżej uspołecznionego ideału.

Oby nie doszło jednak do sytuacji, w której udział społeczeństwa w kreowaniu majątkiem publicznym nastąpi, ale dopiero z chwilą całkowitego bankructwa danej placówki publicznej. Wtedy może być już za późno na jej odratowanie i przywrócenie do życia. Dlatego tak ważne jest nieustanne pogłębianie kompetencji społecznej w decydowaniu o przyszłości sfery publicznej, aby swoim zaangażowaniem uprzedzić i w odpowiednim czasie zaradzić temu, na co te placówki pod zarządem państwa są statutowo narażane – niewydolnością, a niekiedy bankructwem. 

Inna sprawa, że godzenie się na mierność zarządzania państwowego nad sferą usług publicznych, to jednoczesna zgoda na dopłacanie do tychże placówek w ramach ciągłych dopłat i zapomóg ratujących im życie. Jeśli więc ludzie nie będą odczuwali potrzeby współdecydowania o sposobach w ich zarządzaniu, to muszą niestety liczyć się z tym, że programy cięć i pobierania od nich coraz większych sum pieniędzy na ratowanie kolejnych szpitali, szkół, bibliotek itd. będą powielane, a jakość tych usług będzie się pogarszać.   

Własność

W warunkach powszechnego rabunku państwa, zgromadzony przez nas majątek zapewnia nam pewną stabilność i wolność. W końcu nie mogą nas tak z dnia na dzień pozbawić całego majątku, dlatego to, czym dysponujemy pomimo regularnego uszczuplania naszych zasobów przez złodziejskie państwo, daje nam pewną niezależność i możliwość decydowania o sobie. Ujmując to w innych kategoriach – nasz majątek jest ostatnią zaporą naszej wolności przed zaborczym państwem. Broniąc go, bronimy swojej ostatniej linii oporu. Z drugiej strony, państwo posiada tę świadomość, że odbierając nam cały majątek w sposób nagły i jawnie bandycki, może przyczynić się do naszego końca, a tym samym pozbawić się rzeszy niewolników pracujących na utrzymanie biurokracji. Sęk w tym, że państwo to taka instytucja, która mimo wszystko rozrasta się samoczynnie, co przekłada się na wzrost obciążeń podatkowych i prawnych obywateli. Dlatego naszą własność, w warunkach ucisku państwowego, można porównać do pola walki, na którym zmagamy się z urzędnikami o zachowanie swojej wolności. Im mniej pozwolimy sobie tego pola walki wydrzeć, tym większym zakresem wolności będziemy się cieszyli. Nie pozwolić się oskubać przez państwo – oto taktyka na czasy obecne.

Z tym że, pojęcie własności posiada też swój drugi wymiar, który w naszej rzeczywistości sieje spustoszenie w świadomości społeczeństwa. Problem pojawia się, gdy na własność przestajemy patrzeć w kontekście drobnego, prywatnego majątku, który zapewnia przywilej wolności, ale też niesie za sobą pewien zestaw obowiązków i naturalnych, powiedzielibyśmy zdrowych ograniczeń. Na przykład dbania o swoją własność, ale powstrzymywania się od szkodzenia jej użytkowaniem innemu człowiekowi, którego własność leży na granicy z naszą. Często bowiem bywa tak, że nie chcemy szkodzić własności swojego sąsiada, bo zwyczajnie nie mamy na tyle siły w zgromadzonym przez nas majątku, aby próbować zagarnąć jego własność. Są to więc pewne ograniczenia natury technicznej. Nie bez znaczenia pozostają też względy kulturowe i wychowanie według przykazania wiary katolickiej: „Nie pożądaj żony bliźniego swego ani żadnej rzeczy, która jego jest”. A często po prostu żyjemy z sąsiadem w dobrych relacjach i łączą nas z nim serdeczne relacje towarzyskie, co może również przekładać się na świadome tworzenie lokalnych wspólnot mieszkańców-drobnych właścicieli.      

Gdy jednak owa własność urasta do niebotycznych rozmiarów („obszarnictwo”, monopole, korporacje itp. formy rozrostu własności), rodzi ona wiele zagrożeń, stając się w rękach swoich właścicieli niszczycielskim narzędziem innych majątków. Przestaje ona być już wyczulona na kwestie dobrego sąsiedztwa, moralne i niepisane prawo nieingerowania w cudzą własność. Dla takiej własności nie istnieją obowiązki i wynikająca z nich zasada nieingerencji, przestają istnieć granice i naturalne ograniczenia. Taka własność kieruje się już w głównej mierze prawem siły i podboju. Gromadząc, a przez to niszcząc drobne majątki, wielka własność niszczy ład społeczny, a nawet wprowadza pewne formy wyzysku, które nakręca ciągła spirala chęci pomnażania swojego stanu posiadania. Przecież ktoś musi pracować dla tego wielkiego molocha, a jeśli osoby go nadzorujące nastawiają się tylko na zyski, to jest pewne, że będą przedkładać zyski ponad warunki pracy swoich pracowników. Następuje sytuacja analogiczna do tej, z jaką mamy do czynienia w przypadku państwa. Gdy już coś urośnie do niebotycznych rozmiarów, będzie pochłaniać coraz więcej, gdyż taka już jest po prostu natura wszelkich molochów – biurokracja będzie się rozrastać.  

Każdy może zaobserwować ingerencję takiej własności w swoim najbliższym otoczeniu. Wielkie korporacje wdzierające się na lokalne rynki, przez nierówną konkrecję podkopujące rodzime i mniejsze przedsiębiorstwa. Wielkie dyskonty handlowe, niszczące drobną własność w swojej najbliższej okolicy. Kapitał na spółkę z firmami reklamowymi, które kompletnie nie liczą się z walorami estetycznymi naszych miast, lokując w ich reprezentatywnych częściach swoje szpecące reklamy wielkopowierzchniowe. Deweloperzy zagarniający przestrzeń miejską pod swoje budownictwo, co niemal zawsze odbywa się z szkodą dla okolicznych mieszkańców i z pominięciem opinii negujących nową zabudowę pod kątem utraty funkcji publicznych oraz walorów przyrodniczych. Nie wspominając już o zagarnianiu tych terenów przez ich odgradzanie („Bramy i ogrodzenia – namiastka więzienia”).

Dodajmy jeszcze do tego spisu firmy lub osoby, które zagarniają wielkie połacie atrakcyjnej ziemi, uniemożliwiając korzystanie z jej zasobów okolicznym mieszkańcom. Sam znam człowieka, który posiada kilkadziesiąt hektarów atrakcyjnej ze względu na walory krajobrazowe ziemi, wypełnionej lasem i wodą, leżącej poza miejscem jego zamieszkania. Jego wieczną troską pozostaje odgrodzenie jej od okolicznych mieszkańców, a wielką tragedią dla niego są sytuacje, gdy ktoś przejdzie przez dziurę w ogrodzeniu i zbierze kilka grzybów, należących w jego mniemaniu tylko do niego. Często zadaje mi pytanie: Czy nie mam prawa korzystać ze swojej ziemi? A ja odpowiadam pytaniami: Kto w ogóle dał urzędnikowi prawo do rozporządzania i sprzedania jednemu właścicieli tak wielkiego obszaru ziemi, z której wcześniej mogli korzystać okoliczni mieszkańcy? Czy oni by się na to zgodzili, skoro sami utrzymują tego urzędnika, nie wspominając już o tym, że to oni są mieszkańcami tej okolicy i utrzymują ją z własnych środków, wcześniej odebranych im w podatkach? Czy tylko dlatego, że jeden człowiek dysponuje większym zasobem gotówki, zyskuje przez to przywilej rozporządzania własnością narodową vel publiczną zgodnie z własnymi upodobaniami, nawet na szkodę całej okolicznej wspólnoty?

Reakcja mojego znajomego jest jedna, zresztą zgodna ze spostrzeżeniami, jakie poczynił Bakunin w książce „Bóg i państwo”. Nikt z wielkich posiadaczy nie odda dobrowolnie swojego majątku ani też nie podzieli się nim ochoczo. Wręcz przeciwnie. Będą oni robić wszystko, żeby zachować swój stan posiadania, a co bardziej chciwi, niczym państwo, będą próbowali go jeszcze powiększyć. Wśród wielkich właścicieli dominuje przeświadczenie o świętym „prawie własności”, które w ich mniemaniu daje im nieograniczone możliwości użytkowania tej własności, nawet gdyby miało się to odbywać ze szkodą dla ogółu. Choć trzeba przyznać, że z pojedynczym wielkim właścicielem, występującym jako osoba prywatna, można spróbować się jeszcze zmierzyć w tej nierównej walce o swoje prawa i wolność. Sposobność ku temu stwarza względna równowaga sił, jeśli oczywiście zakładamy, iż jedną ze stron sporu będzie zorganizowana grupa obywatelska, a nie rozproszone jednostki. Sytuacja gorzej przedstawia się w przypadku bezosobowych instytucji biznesowo-finansowych. Tu już nawet nie ma jasno sprecyzowanych właścicieli, a co najwyżej rady nadzorcze i inne oligarchiczne ciała decyzyjne, ewentualnie ukryty gdzieś za nimi prezes. Przejmowanie majtków przez takie korporacyjne (po)twory nie nastręcza ich właścicielom bolączek natury moralnej, m.in. też z tego powodu, że nie są z danym miejscem w żaden sposób związani, ale przychodzą z zewnątrz, a utrudnienia prawne i sporne rozwiązuje za nich armia dobrze opłacanych prawników. Przy czym korporacje te mogą liczyć na przychylność władz, postrzegających je w kategoriach zbawców, samych mieszkańców traktując jako niepotrzebny balast. Pokonać takiego przeciwnika jest nie lada wyzwaniem dla obywateli, co oczywiście nie oznacza, że należy to do rzeczy niemożliwych. I znowu niebagatelną rolę odgrywać tu będzie zorganizowany kolektyw obywatelski.  

Tak więc w czasach, w których przychodzi nam konfrontować się z zaborczością państwa i wielkiej własności, własność w wymiarze drobnym i indywidualnym stanowi dla nas gwarancję wolności. Jeśli pozbawią nas jej, a natura państwa i wielkich właścicieli jest taka, żeby ciągle poszerzać zakres swojego stanu posiadania, utracimy wszelkie pokojowe argumenty obrony przed gwałtem i grabieżą. W takiej sytuacji ludzkości pozostawał już tylko otwarty konflikt i obrona fizyczna, czego dowidzi szereg rewolucji z tą ostatnią, jaka odbyła się w Kijowie. Własność lokalna, drobna, wolna od fiskalnego ucisku państwa, handlowo-usługowa, produkcyjna, ale już niekoniecznie własność, która skupia w rękach jednego właściciela wielkie połacie ziemi, o czym była już mowa. To ona może zapewnić nam gwarancję bezpieczeństwa, a nawet spokoju psychicznego, jeśli przyjąć, że własność ta może nas wyżywić w sytuacjach naprawdę ciężkich życiowo. Jeśli bowiem dysponujemy jakimś poletkiem, to przynajmniej będziemy mogli na nim coś zasadzić, jeśli produkcja krajowa padnie albo żywność chemiczna, jaką produkują korporacje, będzie już kompletnie pozbawiona wartości odżywczych.       

Zdaję sobie sprawę z tego, że znaleźliby się i tacy, którzy byliby skłonni zlikwidować własność w ogóle, natychmiast i w każdym jej aspekcie. Rozumiem i popieram ich argumenty, mówiące o tym, że każda własność prędzej czy później przeradza się we własność wielką, że taka własność w miejsce współpracy i kooperatywy międzyludzkiej wymusza rywalizację, w miejsce porozumienia wprowadza konflikty, a dodatkowo wyzyskuje swoich pracowników, którzy stopniowo stają się niewolnikami terroru popytu i podaży, zysku za wszelką cenę przy nieliczeniu się z kosztami społecznymi. Ale gdyby chcieć wyeliminować własność w ogóle, nawet tę najdrobniejszą i indywidualną, to tak, jakby próbować korygować naturę ludzką. Ta bowiem zawsze podpowiada człowiekowi, że powinien on posiadać jakiś zakres własności, choćby tylko na własny użytek. To psychologiczna potrzeba własnej przystani, miejsca odseparowania od świata zewnętrznego i być może właśnie silnego poczucia wolności. Tej potrzeby nie można tak zwyczajnie mechanicznie wyeliminować, chyba że zastosujemy terror i siłę fizyczną. Moje sponarchistyczne nastawienie do świata nie skłania mnie jednak do siłowego przymuszania ludzi do życia według moich standardów i przekonań.

Dlatego stanem pożądanym w przyszłości (po zrzuceniu jarzma państwowego i grup uprzywilejowanych) byłoby dla manie po pierwsze – ustanowienie własności społecznej, spółdzielczej, kooperatywnej, gdzie misja społeczna zastępuje agresywny prymat „zysku za wszelką cenę”. Byłoby to odejście od gospodarki korporacyjnej i dążenie do współdziałania w warunkach ekonomii społecznej. Po drugie – ograniczenie wymiaru własności do poziomu tego, co człowiek sobie sam wypracował, o co dba i co przynosi mu korzyści, jako gwarancji zabezpieczenia bytu materialnego swojej rodziny i wolności przed innym człowiekiem. Po trzecie – w przypadku funkcjonowania własności większej, produkcyjno-przemysłowej, nastawionej na osiąganie dochodu (przyjmijmy, że nie udało się jej zlikwidować) – zapewnienie pełnej partycypacji w zyskach i możliwości kreowania polityki firmy wszystkim  pracownikom danego zakładu pracy w ramach demokratyzacji procedur.

W tym ostatnim przypadku ważne jest to przesunięcie akcentów z egoistycznego, materialnego i indywidualnego czerpania z własności (przez osobę prezesa lub wąskie grono zarządu) na wytwarzanie dochodu, z którego korzystają wszyscy zaangażowani. Niemożliwe jest jednak dokonanie tego bez likwidacji własności państwowej i korporacyjnej oraz bez rozwoju własności społecznej i kooperatywnej. Ekonomia społeczna, czyli ujęcie w zyskach szerokich mas społeczeństwa, a na zysk patrzenie nie tylko w kategoriach materialnych, zapobiegłoby rozrastaniu się własności do niebotycznych rozmiarów, co niesie za sobą patologię własności wielkokorporacyjnej z prezesami i samowybieralnymi zarządami. Własność straciłaby wówczas kontekst materialny na rzecz kontekstu posiadania i użytkowania we własnym zakresie, w celu zapewnienia podstawowych potrzeb życiowych, a w przypadku własności firmowej – na rzecz pracy, która konsoliduje pracowników wokół swojej firmy, likwiduje ich bierność, czyniąc ich współdecydującymi za swoją przyszłość.  

Kwestią otwartą pozostaje, kiedy daną własność, na przykład w zakresie prowadzenia własnej rodzinnej firmy, uznać za tą, która „przekroczyła granice pomiędzy własnością drobną a wielką”.    

Demokracja a wybory

Zdecydowanie nie wierzymy w bajeczki o pozytywnych skutkach funkcjonowania systemu demokratycznego, opartego na wybieraniu swoich przedstawicieli, w których bierność obywatelska nakazuje widzieć w partyjnych jedynych regulatorów naszego życia. Inaczej, każdy świadomy obywatel, a tych szukać na polskim gruncie z lupą w ręce, zdaje sobie doskonale sprawę z parodii samorządzenia sobą (parodii demokracji) w warunkach wybieralności swoich panów, jacy rządzą nami niepodzielnie przez określony czas kadencji, pozostając kompletnie głuchymi na potrzeby „dołów”, ignorując ich oczekiwania i pragnienia. W końcu stare partyjne porzekadło mówi: „dostaliśmy mandat na sprawowanie władzy”, co implikuje konsekwencje pod postacią praktycznego wniosku: „więc można nam wszystko, bo co nam niby zrobią”.   

Nie tędy droga, ażeby w łasce pańskiej upatrywać nadziei na spełnienie naszych praw, praw społeczeństwa, dla którego rzekomo funkcjonuje całe to państwo z jego rozbudowaną biurokracją. I jak pisał swego czasu zwolennik kooperatyzmu, Edward Abramowski, żadna odgórna ustawa nie uzdrowi sytuacji „na dole”, o ile owe „doły” same nie zaczną dążyć do poprawy jakości swojego życia.

Wątpliwości, co do skuteczności odgórnego rządzenia powstają już na gruncie lojalności. Pytanie: czy wybrana osoba będzie lojalna wobec już nie tyle swoich wyborców, co całego społeczeństwa, czy może jednak będzie wykazywać się lojalności wobec swojej partii i instytucji państwowej, od której przecież dostaje wypłatę? System rządzenia oparty na wybieralności osób, które poprzez wygrany akt wyborczy i z nadania urzędów, uzyskują status dyspozytora naszymi zasobami narodowymi, a nawet prywatnymi dochodami, wręcz wymusza lojalność wobec interesów partyjnych lub państwowych, nie społecznych. Tak już działa państwo i naiwnością na masową skalę jest nadzieja, że można zmienić podejście osób, jakie wybieramy w wyborach partyjnych.  

Nie ma potrzeby tego zjawiska dowodzić, bo w warunkach demokracji pośredniej-parlamentarnej jest aż nazbyt dostrzegalne. Dając komuś władzę, środki i możliwość dysponowania nimi, możemy spodziewać się walki o powrót tych środków do ludzi pod postacią usług publicznych pomiędzy działaczami społecznymi a przedstawicielami tej władzy. Czyli walka o w gruncie rzeczy nasz majątek, gromadzony przez państwo w podatkach i innych daninach, a następnie wykorzystywany do świadczenia usług publicznych (minus „marża” na cele statutowe biurokracji) jest wpisana w funkcjonowanie tego systemu. Czyli powstaje nam ustrój, w którym ci wybrani, nagle staja się uprzywilejowani, a ci wybierający muszą na każdym kroku walczyć o wyrwanie własnych środków z łap chciwej „góry”.

Osoby dokonujące redystrybucji środków otrzymują z racji zajmowanych przez siebie stanowisk kompetencje władcy niepodzielnego. Czyli krótko mówiąc – nie muszą liczyć się z ludźmi. Czy w takiej sytuacji można deklarować walkę o interesy społeczne i jednocześnie przywiązanie do instytucji państwa, gdy to właśnie państwo stoi w konflikcie z interesami społecznymi?

To nie jest możliwe, ale mimo wszystko większość społeczeństwa akceptuje taki stan rzeczy i przy różnych okazjach przywdziewa szaty niewolnika. Na przykład, gdy trzeba uprosić na nowy chodnik przed domami, remont ulicy, zapomogę czy po prostu załatwienie jakiejkolwiek osobistej sprawy. Wszyscy lecą wtedy do swojej władzuni, upadlając siebie i dowodząc swoim postępowaniem, że realna demokracja w naszym kraju nie istnieje, bo gdyby rzeczywiście istniała, to nie wola urzędnika, a wspólne decyzje ludzi decydowałyby o kierunkach przeznaczania podatków. Nie wspominając już o tym, że owe podatki pozostawałyby w kieszeniach ludzi i byłyby przeznaczane zgodnie z ich własną nieprzymuszoną wolą. I to byłaby prawdziwa wolność i branie odpowiedzialności za nią.

No ale cóż możemy począć na okoliczność egzystowania w ramach systemu, który owej wolności na pewno nie zamierza oddać nam dobrowolnie? Gdzie jakiekolwiek oczekiwania i żądania społeczne napotykają na opór kasty urzędniczej.  Ano można stosować półśrodki, jakie nam dostarczają pod postacią rożnego rodzaju aktów wyborczych. Faktem jest, iż przy obecnej konstrukcji systemu wyborczego, dzielącego społeczeństwo na równych i równiejszych, uprzywilejowanych i gnojonych, wola społeczna praktycznie nie istnieje, ale „praktycznie”, to nie to samo, co „w ogóle”. Mimo wszystko, jako takie szanse wpływania na otaczającą nas rzeczywistość istnieją, czy to pod postacią referendów, czy występujących okresowo wyborów samorządowych, parlamentarnych i unijnych.

Tak, partie same w sobie to agendy państwowe. Oddanie głosu na którąkolwiek z nich to niejako sankcjonowanie tego nierównego systemu. Żadne partie nie są idealne, nie służą interesom ludzi, ale oddanie głosu choć na jedną z nich może okazać się niekiedy (zastrzegam, że nie zawsze) posunięciem taktycznym na daną chwilę i rozwiązaniem na czasy obecne. Celem zawsze pozostaje jednak występowanie przeciwko partiom. Nie zniszczymy ich jednak biernością wyborczą, ale możemy też wywracać system prowadząc grę na ustalonych przez jego luminarzy zasadach – właśnie poprzez prawo wyborcze.

W czym głównie warto upatrywać tutaj swojej szansy? W pierwszej kolejności na oddawaniu głosów na zasadzie wyrażania swojego negatywnego zdania o rządzących. Nie spodobały nam się ich decyzje w jakiejś interesującej nas kwestii – próbujemy odsunąć źle oceniane przez nas środowisko pasożytów od koryta, czego najlepszym sposobem na urzeczywistnienie są referenda, pośrednim – same wybory. Nic ich tak nie zaboli, jak oderwanie od kroplówki z państwowym wynagrodzeniem. Ktoś powie: „Ale to nic nie zmieni, bo na ich miejsce przyjdą kolejni i będą robić dokładnie to samo”. Owszem, taki scenariusz jest realny, ale tylko tam, gdzie łapczywi na profity partyjniacy nie czują za sobą oddechu patrzących im na ręce obywateli. Dlatego powyższy plan potrzebuje sprzężenia zwrotnego pomiędzy aktywnością wyborczą a przynajmniej z założenia przyporządkowaną do niej – systematycznością i aktywnością obywatelską. Bo jeżeli społeczeństwo będzie poprzez akt wyborczy odpowiednio i systematycznie ukrócać rozpasaniepartyjne, pojawiających się kolejno po sobie partyjnych kombinatorów, to ci w ramach swojego panowania nad swoimi niewolnikami, zastanowią się przynajmniej dwa razy, zanim spróbują uchwalić swoją kolejną antyspołeczną urzędniczą uchwałę.  

Zasada jest raczej prosta – państwowcy liczą się z tymi, którzy starają patrzeć się im na ręce. Obecnie robią praktycznie co chcą, skoro tak wielki odsetek społeczeństwa wykazuje się biernością, zniechęceniem i zobojętnieniem na sprawy społeczno-polityczne. Owszem, możliwość tylko częściowego nadzorowania grup uprzywilejowanych to raczej marne pocieszenie, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że wywieranie presji w ten sposób na naszych oprawcach jest wykonalne i może być w jakimś stopniu skuteczne.

Miejmy też tę świadomość, jako przeciwnicy systemu i zwolennicy jego podmiany na uspołecznione formy życia narodowego, że niegłosowanie to w rzeczywistości oddanie głosu na aktualnie rządzących. Wyraził to cały establishment rządzący przed pamiętnym referendum w sprawie odwołania ze stanowiska prezydenta m.st. Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, gdy optował za nieuczestniczeniem w głosowaniu. Ludzie władzy osiągnęli wtedy swoje, gdyż niska frekwencja w referendum nie pozwoliła na usunięcie Waltz z piastowanego przez siebie urzędu. Osiągnęli też apogeum hipokryzji, jako rzekomi zwolennicy wysokiej frekwencji w ramach aktu wyborczego, którzy jednocześnie namawiają do nieuczestniczenia w demokratycznym sprawowaniu władzy. Pokazało to nie tylko obłudę całej partyjnej śmietanki PO, która namawiała do bierności obywatelskiej, podważając w ten sposób akt demokratycznego wyboru. Otrzymaliśmy w końcu dowód, czytelną odpowiedź, że niegłosowanie, to głosowanie, i to na tych, którzy aktualnie nami rządzą.

Z innych sposobów na rozbijanie systemu sankcjonującego nierówności społeczne i wyzysk stosowany przez grupy uprzywilejowane jest oddawanie swojego głosu w ramach obecnego antyspołecznego systemu wyborczego na te partie, które mogą wprowadzić na salony pewną destabilizację. Mowa o tych ugrupowaniach, które świadomie ów system potępiają, co czynią przede wszystkim w ramach intensywnej krytyki medialnej. Z tym że, należy wykazać się tutaj ostrożnością w ocenie partii, które głoszą tylko antysystemowe hasła na pokaz (vide Palikot, tudzież nadzorujący starym partyjniakom Gowin), a grupami, które mogą rzeczywiście przydać się na polu siania pewnego fermentu w strukturach państwowych.   

Pisaliśmy już na łamach Spolecznych.net w tekście „Rozbijanie przez głosowanie”, że warto chodzić na wybory w celu oddawania głosu na te formacje, które spędzają sen z powiek wyznawcom „jedynie słusznej drogi”, czy to w mediach, czy w polityce. Wysłuchiwać wszystkich tych lamentów liberalnych mediów głównego ścieku po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego było naprawdę przyjemnym doznaniem, zwłaszcza gdy poszczególne stacje prześcigały się w kreśleniu atmosfery grozy po dobrych wynikach wyborczych, jak oni to ujmują – eurosceptyków (właściwa wersja – uniosceptyków). A więc jednak można wyrazić swoje niezadowolenie za pośrednictwem wyborów, jak i dopiec samozwańczym elitom i medialnym propagandzistom-paranoikom. Więcej – można w ten sposób walczyć z przeświadczeniem, że system, jaki funduje nam liberalna formacja ideologiczna, nie jest nam dany raz na zawsze, że nie jesteśmy na niego skazani i powinniśmy szukać alternatywy, szczególnie, gdy jesteśmy pewni co do tego, że system ów zawodzi.       

Ile można osiągnąć zmianami odgórnymi, na przykład za pomocą partii, która przejmuje władzę w państwie? Jak już stwierdziliśmy – mniej niż zmianami oddolnymi. Ale nie należy ignorować i tej możliwości zaakcentowania woli społeczeństwa. Bynajmniej nie poprzez przystąpienie do partii, chyba że zaliczamy się do kategorii ludzi utwierdzających podziały społeczne i sankcjonujących wyzysk w ramach wysługiwania się państwu. Chodzi o uczestnictwo w wyborach, co podpowiada nam taktyka działania, która podsuwa myśl, iż więcej przyjdzie nam z dokonania aktu wyborczego, niż pozostania w domu. To próba odnalezienia się w warunkach, w których obecnie funkcjonujemy, żyjąc w rzeczywistości państwowej.    

Uczestnictwo w wyborach wzbudza jednak pewne kontrowersje i nie zawsze spotyka się z aplauzem środowisk kontestujących poziom i wartość, po pierwsze wybieranych, po drugie wyborów. Wybory w warunkach demokracji pośredniej również nie wzbudzają i mojego entuzjazmu. Jako przeciwnicy tej parodii demokracji nawet nie łudzimy się, że przedstawiciele tak chciwych formacji, jakimi są partie polityczne, mogą realnie wpłynąć na otaczającą nas rzeczywistość. Jeszcze nikomu nie udało się odgórnie poprawić standardu życia, co najwyżej uprzykrzyć je milion ludzi. Prawda jest bowiem taka, że władza sama w sobie jest demoralizująca i w sposób destrukcyjny działa na społeczeństwo – uzależniając je od siebie, wymuszając na nim posłuszeństwo, pielęgnując jego bierność, wyzyskując go, upośledzając i oduczając niezależności i instynktu przetrwania.

Tak więc i owszem – wierzymy w realność przemian, które swój początek biorą ze społeczeństwa i inicjatywy niezależnej, oddolnej. Postarajmy się jednak również zrozumieć, że dopóty nie widać na horyzoncie zrywu obywatelskiego, a nasze aktywizowanie społeczeństwa wymaga jeszcze kilku taktycznych posunięć i pracy u podstaw, dopóki musimy na poważnie rozważać rozbijanie systemu od środka. Nikt nikomu nie każe od razu kandydować. Mowa tu tylko i wyłącznie o korzystaniu z możliwości wywierania wpływu na górę poprzez uczestnictwo w akcie wyborczym. To również jest jakieś tam wymierzanie ciosów i tego nie można zakwestionować. Może mało skutecznych, ale to już zależy od aktualnej sytuacji polityczno-społecznej danego regionu i kraju. Dziś, co najbardziej wkurzające, nie korzystamy nawet z tej obywatelskiej formy demokratycznego wywierania nacisku, jaką jest referendum, zresztą przez władze, intuicyjnie, coraz wydatniej ograniczanej. A szkoda, bo to akurat ta forma demokracji, która stoi po stronie ludzi, a nie państwa i jego mocodawców. 

Dziś każdy cios w kastę uprzywilejowanych będzie tożsamy ze stawaniem w obronie warstw wykluczonych.  Kto powątpiewa niech nie zapomina chociażby o tym, że nieuczestniczenie w wyborach, to również oddanie głosu, i to na tych, co aktualnie nami rządzą.

Podsumowanie  

Mierząc się z otaczającą nas rzeczywistością, a uściślając – państwem, musimy podejmować wiele ryzykownych decyzji, zarówno osobistych, jak i taktycznych z aktywistycznego punktu widzenia. Najważniejsze, aby robić swoje, czyli podchodzić system na różne sposoby, ale nie tracić przy tym z pola widzenia wartości, jakie sobą reprezentujemy.

Zaprezentowany tutaj rodzaj myślenia taktycznego nie może nas przecież zawieść na drogę oportunizmu wobec władzy. Czyli, gdy mówimy o obranie socjalu, to tylko i wyłącznie w znaczeniu pozostawienia ludziom tego, na co sobie zapracowali, a odebrania urzędnikom tego, co przywłaszczyli sobie od nas siłą. Cel jednak pozostaje jeden – likwidacja jałmużny państwowej i oddanie ludziom ich pieniędzy do pełnej dyspozycji.

Z kolei, gdy rozważamy możliwość uczestnictwa w tej farsie o nazwie wybory, to nie analizujemy tego pod kątem możliwości startowania w nich, a raczej takiego posługiwania się swoim prawem wyborczym, ażeby ugrać coś z tego dla sprawy społecznej. Jeśli już dali nam taką możliwość, spodziewając się, że tą droga i tak niewiele na tym zyskamy, gdyż jak mawiają – „gdyby wybory mogły coś zmienić, byłyby zakazane”, to niechby im się to od czasu do czasu odbijało czkawką.

Ale to tylko niewielki zakres naszej działalności, jaki powinniśmy realizować, czekając na potknięcia władzy i skupiając swoją uwagę na każdym jej posunięciu. Bo my w gruncie rzeczy nie liczymy na zmianę ludzi, a systemu. A to wymaga od nas czegoś więcej, niż tylko taktycznych posunięć i doraźnych konfrontacji, jak wówczas, gdy będziemy starali się bronić społeczeństwa przed kradzieżą, czy wtedy, gdy będziemy wrzucali swój głos do urny. W naszej sytuacji nie wystarczy bowiem grać wedle zasad tego systemu, ale tworzyć swój własny „system”, oczywiście na miarę swoich możliwości. My musimy skupiać się na wdrażaniu naszych idei w życiu codziennym, poprzez codzienną pracę społeczną w naszym otoczeniu oraz codzienne, konsekwentne przekonywanie do naszych racji, najlepiej właśnie poprzez naszą działalność. Opisane tu rozwiązania taktyczne, to tylko forma pomocowa i działalność doraźna, choć niezbędna, żeby była jasność.

Ci na górze i zwolennicy państwa wierzą, że można odgórnie wpływać na poprawę warunków życia. Gdyby nie chcieli nas oszukiwać, a w tym drugim przypadku, gdyby byli bardziej spostrzegawczy, to zrozumieliby, że jedynie brak władzy, a w konsekwencji brak krępujących nasze życie programów i rozporządzeń, byłby najlepszym rozwiązaniem, jakie może nas spotkać. Póki jednak próbują nam na siłę ułożyć życie, obok utrudniania im tego poprzez stosowną taktykę,  musimy tworzyć swój własny kooperatywny świat, świat grup wsparcia i inicjatywy niezależnej – czy to pomagając charytatywnie, czy to działając ekologicznie, czy kiedy indziej współpracując z innymi formacjami społecznymi. 

Porównajmy to do walki partyzanckiej i podjazdowej, którą prowadzimy, wypuszczając się z naszych ideologicznych i metaforycznych siedlisk, ażeby zmagać się z przeważającymi siłami tego opresyjnego systemu. Trochę z tej, trochę z tamtej strony, ale zawsze, żeby osłabić wroga. 

►Wiktor Biskupiec

⇒Społecznościowiec nr 1 / 2014


kategorie: Artykuły,
Grudzień 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
12
3456789
101112 13 14 15 16
17 181920212223
24252627282930
31
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych