16 - 02 - 2015

Buty nie idą w parze z alkoholem


Mam usportowioną naturę, nic na to nie poradzę. Tak jak niewiele mogę poradzić na moją słabość do jedzenia, co często koliduje z moim sportowym trybem życia. Tłumaczę sobie wtedy – więcej wartości odżywczych, większa masa, he, he, co w przypadku osoby lubiącej wysiłek na siłowni posiada swoje uzasadnienie, bądź co bądź karkołomne, ale jednak.

Mimo wszystko staram się trzymać swoją wagę, co dla osoby ze skłonnościami do tycia nie jest proste. Ale przynajmniej zachęca mnie do praktykowania tych z dyscyplin sportu, które typowy wysiłek siłowy, zastępują tym rodzajem przyjemnego zmęczenia, które zostaje poprzedzone bieganiem, pływaniem, grą w kosza itp., i które niejako prowadzi do budowania swojej kondycji.

Tak, jak nie wyobrażam sobie życia bez czytania książek, prasy i artykułów, tak też trudno mi sobie wyobrazić plan dnia, który nie uwzględnia regularnego przewalania sztangi. I tak, jak nie wyobrażam sobie przynajmniej pięciu dniu w tygodniu na siłowni, tak czuję, że obrastam tłuszczem, gdy za oknem jest ładna pogoda, a ja nie robię użytku ze swoich mocno pofatygowanych butów do biegania. Że dziura pod podeszwą i popękane? No i co z tego!? Może kupiłbym i lepsze, i nowsze, takie wyglancowane kolorowe biegóweczki jak z reklamy, w których widuję wystrojone paniusie-biegaczki, ale pomimo umiłowania sportu są jeszcze wydatki na działalność społeczną.

Ta nie może czekać, a na potarganych butach jeszcze kilka kilometrów można ubiec. Poza tym, jakby to wyglądało: nowe buty i stare dzwoniaste „àla Rocky Balboa” spodnie dresowe? :-) Chrzanić to! Against modern sprint :-) pełną gębą. I za nic mam dziwaczne lub kpiące ze mnie spojrzenia mijanych po drodze miłośników „fast fudów” oraz wszelakich używek, którzy choć jeszcze młodzi, dysponują sprawnością fizyczną na poziomie stukilowego sześćdziesięciolatka. Zresztą, po jakiego w ogóle przejmować się opinią ludzi, którzy reprezentują inny świat i inne, nazwijmy je na wyrost – wartości?

Nie, nie spotkamy się w przyszłości na poczekalni w przychodni lekarskiej, bo kiedy wy będziecie zaliczać którąś tam z kolei wizytę u przedłużającego waszą wegetację tabletkami lekarza-farmakologa, ja zamierzam dalej umacniać swoje zdrowie. A jakżeby inaczej – w moich dziurawych butach. Dlatego nie spotkacie mnie również na swoich libacjach alkoholowych i spędach narkotykowych. Ile to już razy pytano mnie przy okazji różnych spotkań towarzyskich, czy „miałem może jakieś problemy alkoholowe w przeszłości” (ostatnio zadał mi to pytanie nawet ksiądz, he, he) i „czy z moim zdrowiem jest wszystko w porządku”, skoro za każdym razem konsekwentnie odmawiam alkoholu. :-)

Bawiły mnie i nadal bawią przy tej okazji, utrzymywane w tonie troski o moje zdrowie, pytania znajomych lub całkowicie przypadkowych osób o moją abstynencję. Cholera, mnie pytają o zdrowie. (sic!) Zastanówcie się lepiej nad swoim, bo ja, tak się składa, czuję się dobrze i jeśli nie zeżre mnie jakaś choroba losowa i cywilizacyjna, to zamierzam cieszyć się tym zdrowiem do oporu. A wy sami, czym dysponujecie? Grubymi dupskami, zadyszką po dziesięciu metrach lekkiego truchtu i stanem przemęczenia oraz wypalenia na grubo przed wiekiem seniora. I to o mnie chcecie się troszczyć, rzekomo martwiąc się o moje zdrowie?

Tym nie do końca znającym moje poczucie humoru często też odpowiadam: „No wiesz, pewnego razu przesadziłem z procentami. Obudziłem się w jakimś rowie, zobaczyłem światło w tunelu i obiecałem sobie wówczas, że już nigdy nie sięgnę po alkohol”. A moi słuchacze wyszczerzają gały z niedowierzania i przejęcia. :-) Kto wie, może gdybym po chwili nie wybuchał śmiechem i utwierdzał w nich przekonanie o prawdziwości mojej historii, to nawróciłbym na drogę czystości przynajmniej ze dwóch melanżystów?

Pozostając w temacie spotkań towarzyskich. Żeby nie było – stronię od nich. Irytuje mnie poziom debilnych rozmów z całkowicie przypadkowymi osobami. Ciekawe, jak na osobę, która od czasu do czasu musi zaprezentować publicznie swój światopogląd, ludziom całkowicie sobie obcym. Ale ja po prostu nie przepadam za rodzajem ludzkim, nic na to nie poradzę. Pozostają mi jedynie kontakty z najbliższymi mi osobami, czyli rodziną, i tymi nielicznymi (ostatnio jedynym), którzy od „widzeń” okołoalkoholowych, wolą oddawać się sportowej rywalizacji. Kiedyś ludzi pałających się podblokowym sportem było więcej. I choć towarzystwo piło, i to nie mało, poza parciem na flaszkę było i parcie na sport. Gdzie są teraz ci ludzie? No tak, dyskoteki, rodzina i te sprawy – zero czasu na cokolwiek innego. Nie oceniam. Po prostu krytykuję.

Tak więc w przerwach pomiędzy swoimi treningami, umawianiem się na potyczki sportowe z tym jedynym sportowo usposobionym do życia znajomkiem – nie omijam wspomnianych spotkań rodzinnych. I co mnie tu przeraża, to kontakty z tym młodszym pokoleniem. Tragedia. Albo zidiocenie i imbecylstwo, potęgowane stosowną dawką debilizmu telewizyjnego, albo alkoholowe odloty. Nigdy nic innego!

Pierwszy dzień świąt bożonarodzeniowych. Wiadomo, w polskiej „kulturze” wykorzystywany, jako okazja do libacji. Spotkanie z młodym towarzystwem. Temat naczelny – picie. „Pijemy co?”, „Byliśmy tu i tam, ten i tamten napruty” – wypowiadane w idiotycznym tonie uwagi, wymieniane między moimi rozmówcami, kręciły się tylko wokół tych kwestii. Jakby alkohol był sensem życia i spełnienia każdego z nich. Zero innych zainteresowań. Chodzące ludzkie procenty. Puentą dla tego bądź co bądź świątecznego dnia był telefon do jednego z uczestników spotkania, aby ten natychmiast meldował się z flaszką w miejscu innego rodzinnego świątecznego spędu. Godzina 24.00. Bóg się rodzi, moc truchleje.

W takich chwilach dziękuję właśnie Bogu, jeśli to Jemu a nie Przypadkowi chciało się na mnie spojrzeć, że odkąd pamiętam, jeszcze za nim na dobre zakręciłem się wokół STŻ i Straight Edge, byłem towarzyskim i społecznym autsajderem. To znaczy, lubiłem towarzystwo rówieśników, ale moja wrodzona wstydliwość (ktoś by dodał: frajerstwo) uchroniła mnie przed podjęciem w życiu kilku naprawdę zgubnych decyzji. Że byłyby to decyzje zgubne, przekonywałem się na przykładzie moich śmielszych znajomych. I tak sobie myślę po latach, że to właśnie moja „dupowata” natura w młodości, a może po prostu dorastanie w zdrowej społecznie rodzinie, sprawiało i sprawia do dnia dzisiejszego, że zawsze idę na przekór i potrafię myśleć niezależnie od otoczenia. A to, w czasach powszechnego ogłupienia przez konsumpcjonizm i materializm, cecha wyjątkowo cenna, bo dająca trzeźwe (słowo wytrych) spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość.

Zawsze niepokorny, nigdy za tłumem, ale z głową, po swojemu i zgodnie z własnymi przekonaniami. I to mnie chyba uratowało przed smutną przynależnością do zblazowanego pokolenia obecnych alkoholików, przyszłych stałych klientów służby zdrowia i odhumanizowanych powłok ludzkich. Chociażby takich, jak mój stary nauczyciel wf-u z liceum, którego spotkałem ostatnio, grając w kosza ze wspomnianym już tutaj ze dwa razy znajomkiem. Podkreślam, nauczyciel wychowania fizycznego! Prywatnie człowiek w porządku, znaczy się ten wuefista, nic do niego nie mam, często była z nim (a raczej z niego) niezła beka. Ale nie zdziwiło mnie jego pierwsze pytanie po latach do swoich dawnych podopiecznych: „Nie jesteście już na to za starzy”? „Panie profesorze, nigdy nie jest się za starym na sport”. Zresztą, co tu mogło zdziwić? Przypominam go sobie ze swojej studniówki, gdy na dobre przed jej rozpoczęciem siedział (nie wiem, jak o to robił od strony technicznej, bo brakowało mu oparcia, a mimo wszystko utrzymywał pozycję pionową) całkowicie zalany przed wejściem do sali gimnastycznej. Albo wtedy, gdy dla żartu pytałem go przed jakimiś międzyszkolnymi zawodami sportowymi o taktykę dla drużyny. I nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdybym swojego pytania nie kierował do człowieka, którego zapach kurtki sugerował, że chyba myślami jest jeszcze w innym miejscu. :-)

Na marginesie. Pogadaliśmy sobie z Panem Wuefistą, zadając pytanie, dlaczego jego nowi podopieczni, a odbywała się akurat obok nas lekcja wf-u, ruszają się trochę tak jakby koślawo. Człowiek potwierdził tylko nasze przypuszczenia, że jest to ich jedyny ruch na świeżym powietrzu, bo potem zamykają się w swoich czterech ścianach i spędzają czas przed komputerem. Rośnie nam więc pokolenie wykoślawieńców, którzy jak tylko przywalą w przyszłości kufel piwa, dopełnią dzieła autodestrukcji na jednej z przychodni lekarskich. Wspaniała perspektywa zarówno dla nich, jak i dla mnie, osoby zmuszanej do płacenia podatków na pokrycie przyszłych kosztów leczenia tych nastoletnich mutantów.

Dziś jestem wytworem własnych przekonań i poglądów na życie. Dzięki nim czuje i wiem to – reprezentuję sobą typ człowieka, który choć nigdy nie osiągnie ideału, to przez sam fakt dążenia do niego, stoi o poziom wyżej nad konsumpcyjno-zapijaczonym społeczeństwem. I nie ma co ukrywać – daje mi to mega satysfakcję. Choć niekiedy nachodzi mnie i smutek, gdy sam zaczynam zastanawiać się nad zdrowiem moich najbliższych. Stąd chyba moje starania, aby sportowym trybem życia nie tyle eksponować, co próbować zaszczepić go w społeczeństwie.

►TeO

⇒Społecznościowiec nr 1 / 2014


kategorie: Artykuły,
Kwiecień 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych