15 - 01 - 2015

Dla górników nie ma wyjścia


Państwowe zarządzanie przynosi opłakane efekty. Przekonują się o tym obecnie górnicy, którzy słusznie protestują w obronie swoich miejsc pracy. Nic innego im zresztą nie pozostaje, bo to dla nich, jak i miejscowości, w których funkcjonują kopalnie – „być albo nie być”. Bogaci doświadczeniem z lat minionych, kiedy to ich koledzy po fachu żegnali się z pracą górnika w wyniku „reform” Buzka, muszą walczyć. Pytanie tylko, co dalej? A uściślając: jaka alternatywa?

Wydaje się, że żadna. Niestety, ale górnik to też zawód, a osoba go wykonująca nie posiada kapitału do zarządzania swoją kopalnią. Państwowi zarządcy nie przekażą górnikom pakietu własnościowego w ramach ustanowienia własności pracowniczej. Górnicy nie palą się też zbytnio do zarządzania swoim miejscem pracy w ramach własności kooperatywnej i demokratycznej, gdzie każdy pracownik wnosi do firmy swoja pracę, a otrzymuje wypracowaną nadwyżkę, gdzie decyzje o strategii produkcji zapadają w ramach zgromadzeń lub poprzez tymczasowo wybrany zarząd. Piękna abramowska tudzież syndykalistyczna wizja lepszego, nowego świata. Szkoda, że tak trudna dziś do urzeczywistnienia bez uprzedniej pracy uświadamiającej albo jakiegoś większego krachu gospodarczego.

Protestujący przyjęli raczej taktykę roszczeniową względem umiłowanych przywódców, którzy ostatecznie i tak ich wycyckają, tylko stopniowo i etapami, bez niepotrzebnego rozgłosu, czyli gdzieś po wyborach, w „bezpieczniejszych” czasach. Najpierw idąc na jakieś ustępstwa, a potem tradycyjnie przeprowadzając kolejny atak. Co będzie tym atakiem – prywatyzacja po polsku?

W ogóle, jak można wierzyć stronie rządowej, która dąży do likwidacji kopalń w sytuacji, gdy opłacalność wydobycia węgla kamiennego może jeszcze wzrosnąć, jak prognozują chociażby co poniektórzy specjaliści z USA i Australii? To naprawdę wielka niewiadoma, ale umiłowanym przywódcom łatwiej jest podjąć decyzję o „wygaszaniu”, aniżeli długoletnim, a nie tylko chwilowym, planie restrukturyzacji. I pomyśleć, że wszystkim naokoło jakoś opłaca się wydobywać węgiel, a w kraju, dla którego jest on wartością samą w sobie przy produkcji energii już nie. Warto podziękować też tym spośród naszych umiłowanych przywódców, którzy zgodzili się na unijną politykę ograniczania emisji dwutlenku węgla do atmosfery, pomijając już czy uniokratom chodziło o względy ideologiczne (niepodparty przekonywującymi argumentami wątek ekologiczny – globalne ocieplenie w wyniku emisji dwutlenku węgla) czy ekonomiczne (nacisk państw, dla których węgiel nie jest podstawowym surowcem energetycznym – zwykła walka interesów).  

Tylko co w zamian? Umiłowani przywódcy w swej bezgranicznej olewczości, żeby nie powiedzieć głupocie, zainwestowali i zainwestują w górnictwo publiczne pieniądze. I co zaproponują? Wspomnianą prywatyzację? Czyli najpierw uduszą kopalnie podatkami, potem wpakują w nie nasze pieniądze, by następnie stały się one łatwym kąskiem dla prywatnego kapitału, który wzorem polskiej prywatyzacji nabędzie aktywa kopalń za przysłowiową złotówkę? Przykład? Wskazana do likwidacji kopalnia Sośnica-Makoszowy, która otrzymała wsparcie rzędu 22 mln zł w 2014 r. I to pomimo faktu, że Kompania Węglowa zaliczyła straty. Teraz słyszymy od ekspertów z Politechniki Śląskiej, że kopalnia może być rentowna. Potrzeba jednak inwestycji, które zminimalizują koszty, i choć wymieniają oni okrojenie załogi, to niestety nie wspominają już o kosztach powodowanych obciążeniami podatkowymi na rzecz państwa. Gazeta Wybiórcza w swoim artykule na ten temat wspomina z kolei, że jeśli nie to, to zgadnijcie co... prywatyzacja oczywiście.

Czyli mamy prywatyzację za złotówkę, a potem zarządzanie według „zagranicznych inwestorów”, których w Polsce zawsze traktuje się, jak święte krowy. Ci wprowadzą swoje porządki, znane jako „standardy kapitalistyczne”, a więc zminimalizują koszty z maksymalizacją pracy górnika włącznie (inaczej mówiąc: wprowadzą wyzysk), a potem umiłowani przywódcy będą mogli powiedzieć, że uratowali górnictwo przed likwidacją. Zyski wyfruną oczywiście gdzieś za granicę na prywatne konta, nie do pracowników czy nawet budżetu państwa, którego urzędnicy oczywiście zwolnią naszych korporacyjnych zbawców z podatków, przyznając im swoje ulgi – tak w ramach bonusu za ustabilizowanie sytuacji i ugaszenie sporu. Propaganda będzie podawać, że własność korporacyjna jest lepsza, a społeczeństwo przyklaśnie temu bez zająknięcia, bo w końcu górnicy podobno są grupą uprzywilejowaną, a „skoro mnie mogą wykorzystywać i okradać z zysku w korporacji, to dlaczego ich mieliby oszczędzać”. 

Czyli państwowe niewydolne, korporacyjne wyzyskujące, górnicy wolą układać się z państwowym i prosić o łaskę umiłowanych przywódców. Perspektywa Rzeczypospolitej Kooperatywnej raczej nierealna, choć to akurat górnicy są tą grupą, która mogłaby coś pod tym względem spróbować zdziałać na polu budowania pracowniczej strategii przedsiębiorstwa. Ale to chyba tylko marzenia człowieka, który nie godzi się na państwowy dyktat i kapitalistyczny wyzysk. Kooperatywa wymaga ludzi świadomych, pozbawionych złudzeń, co do zbawczej roli umiłowanych przywódców i korporacjonistów. No i warunków rzecz jasna, które muszą sobie wywalczyć ci uświadomieni.

►Sławomir Gródecki


kategorie: Opinie,
Kwiecień 2017
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych