12 - 12 - 2014

Żadnego zaskoczenia: partyjna i medialna gra pozorów


„Gazeta Wyborcza” pisze o rezultatach partyjnych powyborczych przetasowań na Ochocie w Warszawie. Paradoksalnie tekst, który niewiele wyjaśnia, a jedynie sygnalizuje pewne zjawiska, powinien być przyczynkiem do rozprawy na temat iluzoryczności podziałów pomiędzy partiami, gdy już wszystkie wspólnie zaczynają reprezentować „majestat” władzy po wyborach. Warto również mieć na uwadze, że media powszechne (lub jak kto woli – mainstreamowe) są zainteresowane podtrzymywaniem tej sztucznie wykreowanej rzeczywistości.  

Stosowny cytat:   

Na burmistrza Ochoty Łęgiewicz została wybrana w czwartek głosami radnych PO, SLD i Ochockiej Wspólnoty Samorządowej. Zawiązanie koalicji w takim kształcie zaskoczyło mieszkańców Ochoty, bo OWS do tej pory był w opozycji i bardzo ostro krytykował dotychczasowe rządy PO w tej dzielnicy. (...) Wiceburmistrzami zostali Krzysztof Kruk z SLD (był już wiceburmistrzem przez dwie ostatnie kadencje) oraz Grzegorz Wysocki, lider OWS. Wysocki jest jednym z założycieli Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej... Nowy wiceburmistrz Ochoty (mowa cały czas o G. Wysockim – przyp. S.W.) blisko współpracował z Guziałem podczas referendum nad odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz z funkcji prezydenta Warszawy (był szefem sztabu referendalnego). Należał do najzagorzalszych krytyków pani prezydent, która formalnie będzie teraz jego pracodawcą.

A teraz sprostowania i wyjaśnienia, bo tekst z mediów powszechnych, jak potwierdza ten i wiele innych przypadków, często jest pozbawiony szerszego ujęcia opisywanego zjawiska. Przede wszystkim nie dziwi żadna koalicja pomiędzy ugrupowaniami-partiami w celu obsadzenia stawisk zarządców w urzędzie. W systemie partyjnym jest to rzecz naturalna, potwierdzająca, że spór pomiędzy partiami jest wykreowany tylko i wyłącznie w celu przejęcia władzy przez ugrupowanie opozycyjne lub otrzymanie jej przez aktualnie rządzące. Dominuje zasada: „Pobawmy się w spory, wykreujemy w ten sposób swój elektorat, a potem będziemy dzielić się na zmianę władzą i dochodami”. Jedni robią to świadomie i cynicznie, drudzy naiwnie wierzą, że jakieś różnice partyjne, poza nazwami i szyldami, funkcjonują tutaj naprawdę.

Okres powyborczy dobitnie uwidacznia, że jedyny podział, jaki istnieje w rzeczywistości, to ten na uprzywilejowanych przedstawicieli władzy (grupy wyzyskujące) i wykorzystywane społeczeństwo. Takie są odwieczne prawa natury. Że OWS krytykowała wcześniej PO? Że G. Wysocki wzbogacał swoje teksty grafiką anty-PO w stylu „Milicja też była obywatelska”? I co w tym dziwnego, skoro jedni muszą atakować drugich, żeby ci drudzy tracili w oczach wyborców – wybierających swoich nowych zarządców i panów.  

Tylko dlaczego media powszechne nie ujmują tego zagadnienia w ten właściwy sposób, firmując świat sztucznych podziałów i sporów społecznych? Odpowiedź wydaje się banalna. Bo leży to w ich finansowym interesie. Gdyby tak nic się nie działo w rozumowaniu redaktorów mass mediów, czyli gdyby nie można było komentować prywatnego życia polityków, a na tym tle kreować konfliktów partyjnych, to czym trzeba byłoby zapełniać kolumny „informacyjne”? Z pewnością czymś ambitniejszym i ważniejszym z perspektywy zwykłego zjadacza chleba. No ale po pierwsze – należałoby zdecydowanie zaatakować przedstawicieli władzy, swoich żywicieli, którzy dostarczają tyle tematów, a przy okazji nadzorują spółki skarbu państwa, które finansują mass media, a po drugie – zająć się ambitnym i rzetelnym dziennikarstwem, opisującym otaczający nas świat z perspektywy człowieka, a nie marionetki systemu, kukiełki politycznej poprawność, siedzącej w kieszeni swoich redaktorów i zaprzyjaźnionych z nimi politykierów.

Tak więc w przypadku polityków i mediów powszechnych dominuje koniunkturalizm, a nie szczytne hasła wyborcze, które mają uchylić nieba mieszkańcom. Tak to widzimy. A skoro jesteśmy już przy Warszawie – ciekawie jest też w Śródmieściu, gdzie społecznicy z Miasto Jest Nasze, dotąd zadeklarowani przeciwnicy PO, weszli z nią w oficjalny sojusz. Oczywiście tłumacząc to chęcią ugrania „czegoś” dla sprawy społecznej. Tak właśnie władza, niczym walec, miażdży niezależność ludzi, którzy wnoszą na sale obrad swoje ideały walki społecznej. Jak może skończyć się sojusz z (do tej pory) znienawidzoną władzą, społecznicy spod szyldu MJN mogą się szybko przekonać, gdy sami staną się pionkami w grze wytrawnych partyjnych graczy.

I wracając jeszcze raz do rzekomo zaskakującego porozumienia pomiędzy PO, SLD (Krzysztof Kruk) a Ochocką Wspólnotą Samorządową (Grzegorz Wysocki). Mamy w pamięci, jak pan G. Wysocki tonował nasz werbalny atak na pana K. Kruka podczas spotkania przeciwko słupkom na ulicy Radomskiej w Warszawie, które miało miejsce dwa lata temu. Pan K. Kruk (jako wiceburmistrz) był tam na zaproszenie G. Wysockiego (jako redaktora lokalnej gazetki), o czym nie omieszkał poinformować publicznie ten ostatni zebranych ludzi, jakby się tym szczycąc. Przedstawiciel władzy, która stawia w Warszawie szpetne chodnikowe słupki, nie wiedział nic o sprawie, do czego sam się przyznał, ale mimo wszystko starał się wypowiadać i zabierać głos. Stąd taka, a nie inna reakcja z naszej strony. Po prostu brzydzimy się postawą żebraka (dostrzegalną w polskim społeczeństwie dość wyraźnie), bijącego pokłony przed władzą, proszącego o marną jałmużnę w ramach łaskawego wysłuchania wszelkich żalów.

Po spotkaniu obaj panowie, z zaangażowaniem ze strony G. Wysockiego, udali się na rozmówkę w znanym tylko przez nich kierunku. I co tu może dziwić? Nic, spójrzcie na rezultaty – K. Kruk i G. Wysocki wiceburmistrzami Ochoty. Przecież to układa się w logiczną całość. Panowie się dogadali – ludzie zagłosowali. Każdy ma to, na co zasługuje – widocznie na nic innego nie stać przedstawiciela współczesnego społeczeństwa. Wszystko zrozumiałe.

Przedstawiciel władzy zawsze dogada się z innym funkcjonariuszem państwa. Uwagi w rodzaju, że może budzić to zdziwienie są nietrafione. Nie każdy musi posiadać wiedzę o prywatnych kontaktach i rozmowach pomiędzy przedstawicielami partii władzy, ale odrobina zdrowego rozsądku powinna podpowiadać, że jeśli idzie o dzielenie profitów – partie zawsze znajdą wspólny język, pomimo rzekomych podziałów. Reszta, czyli wykreowane na potrzeby mediów spory, to tylko użyteczna dla partii gra pozorów. Teatrzyk lalek, w którym społeczeństwo nie jest już nawet bierną widownią, która opłaca to wszystko dobrowolnie z własnej kasy, a kimś w rodzaju pokornych obserwatorów, którzy może i płacą za ten przekaz, ale raczej pod przymusem, aniżeli dobrowolnie. A jeśli tego nadal nie rozumiecie, to może zrozumiecie, gdy do całej palety obowiązkowych podatków-haraczy dorzucą wam obowiązkowy podatek na abonament radiowo-telewizyjny. To będzie wówczas bardzo wymowny przykład.

Ciekawy zbieg okoliczności sprawił, że zjawisko koegzystencji pomiędzy władzą a mediami jest nam dane zaobserwować w tak wyrazistym świetle na przykładzie dwóch wspomnianych wiceburmistrzów, z których przynajmniej jednego można określić mianem „człowieka mediów”.      

►Sponarchiści Warszawa


kategorie: Artykuły, Kraj,
Lipiec 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1
2345678
9101112131415
161718 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych