21 - 10 - 2014

Stowarzyszenia obywatelskie działają – przykład Jarocina


Gmina Jarocin daje przykład na to, że w Polsce może działać inicjatywa obywatelska. Pisze o tym publicysta Tomasz Cukiernik, który w artykule „Rynkowy Jarocin” (NCz!, nr 40, 4 października 2014 r.) nadmienia, iż „dużą cześć zadań własnych gminy przekazano do realizacji stowarzyszeniom i organizacjom pozarządowym (...). Gmina sukcesywnie wycofuje się ze wszystkiego, co lepiej i efektywniej wykonują organizacje pozarządowe”.

Na co należy zwrócić w tym przypadku szczególna uwagę? Na argument, że jeśli pozwolić ludziom gospodarować własnymi pieniędzmi, to wywiążą się ze swoich zadań lepiej niż urzędnicy państwowi. Dlaczego? Ponieważ są w daną sprawę osobiście zaangażowani i z tego też powodu zdobywają potrzebną wiedzę i umiejętności do działania w interesującej ich dziedzinie, przy okazji wydając racjonalnie pieniądze i ucząc się tym samym obywatelskiej aktywności. Początkowo oczywiście, z przyzwyczajenia do bierności i ze strachu przed wycofywaniem się państwa z regulowania ich życiem, będą niechętnie przystawać na to, aby ktoś odgórnie cedował na nich obowiązki dotychczas realizowane przez urzędników. Gdy już jednak dowiedzą się w praktyce, na ile rzeczy mogą mieć wpływ we własnym zakresie, przekonanie do inicjatywy własnej zdecydowanie wzrasta.

Tak to miało zadziałać w dziedzinie oświaty w gminie Jarocin:

Nowym paradygmatem było założenie, że pieniądze na oświatę powinny być wydawane racjonalniej (...). To można uzyskać, cedując decyzję na poziom szkoły, a najlepiej rodziców. Pierwsza przekształcona przez władze Jarocina szkoła znajdowała się w miejscowości Siedlemin. Choć propozycja władz początkowo spotkała się z dużym sprzeciwem wśród rodziców, to władzom Jarocina w końcu udało się przekonać ich do zmian. – Gmina pomogła założyć mieszkańcom stowarzyszenie... – opowiada Robert Kaźmierczak, były wiceburmistrz Jarocina, obecnie radny. Od razu zaczęły w niej działać inne mechanizmy niż w szkole samorządowej, np. zaczęła szukać sponsorów. Mieszkańcom tak spodobało się prowadzenie szkoły, że poprosili gminę również o pomoc w założeniu przedszkola.

Dalej Tomasz Cukiernik opisuje inne przykłady na przejmowanie szkół przez stowarzyszenia rodziców, opór wśród niektórych nauczycieli wobec wprowadzanych zmian, który kontrastował z coraz większą aprobatą dla szkół obywatelskich ze strony rodziców, a także sposób, w jaki tworzono te szkoły, co warto podkreślić – przy aprobacie i bezpośrednim wsparciu gminy:

Gmina podpisuje ze stowarzyszeniem obywatelskim umowę na prowadzenie szkoły, na mocy której gmina bezpłatnie udostępnia majątek szkoły samorządowej. Budżet szkoły obywatelskiej zależy od liczby uczniów (bon edukacyjny), a nauczyciele pracują na podstawie umów ze stowarzyszeniem, które nie podlegają Karcie Nauczyciela. I to nauczyciele stają się kreatorami zajęć. Bez przywilejów wynikających z Karty Nauczyciela, pedagodzy „mają motywację, by wnosić więcej w życie szkoły niż się od nich wymaga w ramach obowiązków, co widocznie podnosi standard nauczania”. (...) W takiej placówce nauka nadal jest finansowana z subwencji oświatowej i pozostaje bezpłatna dla rodziców uczniów. Funkcjonuje zasada tzw. bonu oświatowego w czystej postaci, czyli pieniądze idą za uczniem.

Tomasz Cukiernik wspomina również, że sytuacja, w której ponad połowa placówek (przedszkoli, szkół podstawowych i gimnazjów) prowadzona jest przez stowarzyszenia mieszkańców, musiała mimo wszystko uruchomić reakcję „obronną” ze strony osób pragnących zachowania obecnego status quo:

...władze oświatowe zauważają zagrożenie, bo zostaje zlikwidowana biurokratyczna nadbudowa (...). Urzędnicy widzą, że jeśli dojdzie do kolejnych przekształceń, to oni zwyczajnie stracą pracę, bo będą niepotrzebni. W związku z tym związkowcy z ZNP potępili władze Jarocina, twierdząc, że swoimi działaniami naruszyły konstytucję. 

Ale ten opór pracowników państwa przeciwko jego zwijaniu jest naturalny i będzie występował zawsze przy przejmowaniu inicjatywy przez zwykłych ludzi. Sytuacja w tym przypadku jest o tyle dobra, że władze gminy postanowiły postawić na ruch mieszkańców, a nie klasyczną prywatyzację placówek oświatowych, z przekazaniem ich w ręce niezwiązanych z tamtejszą społecznością i nastawianych tylko na zysk „biznesmenów”. Bo opieranie się na rozsądnej ekonomi o podstawach wolnorynkowych w ramach stowarzyszeń obywatelskich to jedno, a co innego wciąganie szkół w orbitę kapitalistycznego paradygmatu zysku kosztem wszystkiego, co związane z edukowaniem. Priorytetem jest bowiem to, co chcą przekazać swoim dzieciom rodzice, a nie to, co w dziedzinie edukacji dyktuje abstrakcyjny rynek, tudzież korporacje.

W artykule „Rynkowy Jarocin” wskazano również na zalety tych proobywatelskich przeobrażeń w gminie. Tomasz Cukiernik zwraca uwagę na pozytywy, jakie przyniosło zróżnicowanie wynagrodzeń nauczycieli – „często wyższych niż te wcześniejsze, wynikające z Karty Nauczyciela”. Pojawia się argument, że nauczyciele zaczęli pracować w trybie zadaniowym, co zrodziło zdrową rywalizację i podnoszenie tym samym kwalifikacji, a to już przełożyło się na wzrost poziomu nauczania – „Wyniki nauczania w szkołach prowadzonych przez stowarzyszenia są wyższe niż średnia powiatu czy województwa”. Nie bez znaczenia jest również oszczędniejsze wydawanie pieniędzy: „Jarocin nie musi dopłacać do bieżącego funkcjonowania szkół znaczących środków ponad kwotę subwencji oświatowej, dzięki czemu ma pieniądze na inwestycje” (...).

Jakie jeszcze efekty przyniosło to nietypowe postępowanie lokalnych władz, które wbrew logice polityki państwa, postanowiły oddać jakiś zakres swoich kompetencji stowarzyszeniom obywatelskim? W dziedzinie edukacji Tomasz Cukiernik wymienia jeszcze większą aktywność szkół stowarzyszeniowych na polu organizacji konkursów, zajęć pozaszkolnych czy spotkań. Dalej publicysta nadmienia:

Częściowe bądź zupełne przekazanie zadań gminy do realizacji stowarzyszeniom zaowocowało w Jarocinie niezwykłym rozkwitem dziedzin przejętych przez trzeci sektor, który zbudował sieć świetlic środowiskowych, wzbogacił i urozmaicił życie kulturalne i sportowe gminy. W ciągu ostatnich siedmiu lat wzrosła trzykrotnie liczba dzieci i młodzieży uczestniczących w zajęciach sportowych, podwoiła się liczba młodych ludzi uczęszczających do prowadzonych przez organizacje pozarządowe świetlic. W niewielkiej wiejskiej szkole podstawowej urządzono planetarium, a także wyremontowane, świetnie wyposażone i – co również ważne – zarabiające na swoje utrzymanie miejskie kino (czwarte w Polsce pod względem funkcjonalności), prowadzone przez Stowarzyszenie Jarocin XXI.

Tomasz Cukiernik dodaje, że edukacja nie jest jedyną dziedziną, w której władze gminy Jarocin oddały inicjatywę ludziom, z korzyścią dla całego społeczeństwa. Jak dalej pisze na łamach swojego artykułu, co można potraktować jako konkluzję do całości:

Władza samorządowa jest bowiem przekonana, że organizacje pozarządowe lepiej od instytucji gminnych realizują zadania w zakresie edukacji, kultury, sportu, rozwiązywania problemów uzależnień (w urzędzie nie ma osobnego wydziału ds. kultury czy sportu). W Jarocinie to stowarzyszenia prowadzą naukę gry na instrumentach, warsztaty teatralne, plastyczne, multimedialne, balet, a także edukację filmową. Często na swoją działalność pozyskują dodatkowe środki, poza dotacją gminną, co oznacza pomnażanie pieniędzy, jakimi dysponują. – Kierujemy się zasadą, że jeżeli coś jest robione przez sektor prywatny czy pozarządowy, jest robione lepiej, niż gdy zajmuje się tym państwo lub samorząd. Dlatego w tych dziedzinach życia, w których możemy, korzystamy umiejętności organizacji pozarządowych – mówi Kaźmierczak”.

Przypadek gminy Jarocin może być dla polskiego społeczeństwa nie tyle przykładem na sprawność inicjatywy własnej na tle niemocy państwa, co zachętą do zawiązywania niezależnych stowarzyszeń, które będą domagać się od instytucji państwowych respektowania interesów obywatelskich.

Nie ma się co oszukiwać, że urzędnicy będą dobrowolnie rezygnować z rozporządzania pieniędzmi podatników, czyli tym samym ze swoich przywilejów rządzenia. Gmina Jarocin może być tylko wyjątkiem. Jednak pogorszająca się kondycja finansowa instytucji publicznych, szczególnie na poziomie lokalnym, może je skłaniać do wycofywania się z niektórych dziedzin ludzkiego życia. I wtedy pojawia się szansa dla stowarzyszeń czy ogólnie inicjatyw obywatelskich, ażeby to one przejmowały rolę zarządcy nad placówkami znajdującymi się dotąd pod kontrolą państwa.

Atutami takich stowarzyszeń jest, jak pisał już zwolennik kooperatyzmu – Edward Abramowski, zaobserwowana prawidłowość, polegająca na tym, że:

prawa państwowe zmieniają się powoli i z trudem, pozostają zawsze w tyle za rozwojem potrzeb i zagadnień życia, tamując nowe siły i dążenia społeczne. Stowarzyszenia zaś przystosowują się z łatwością do każdej zmiany, powstają w rozmaitych formach i o rozmaitych dążeniach, gdzie tylko zjawiają się nowe zadania życia (Edward Abramowski, „Stowarzyszenia i ich rola”, tekst z książki „Braterstwo, solidarność, współdziałanie”, Łódź-Sopot-Warszawa 2009, str. 179).

W ramach podsumowania jeszcze raz Edward Abramowski z przytoczonej wyżej pozycji książkowej (str. 178-179):

Natomiast żadne państwo, najbardziej demokratyczne i najbardziej wolne, nie daje nigdy obywatelom swoim swobody uznawania lub nieuznawania władzy i praw państwowych, swobody występowania z jego organizacji, jeżeli ta dla kogo jest niedogodną. Wynika to z samej natury państwa i prawa państwowego, którego moc rozciąga się nie na ludzi, którzy dobrowolnie nań się zgodzili, lecz na całe terytorium przez dane państwo zajmowane, i jest do tego terytorium przywiązaną. Jest to prawo nie ludzi, lecz ziemi, każdy, kto się urodził lub zamieszkał w granicach danego państwa, przez to samo już podlegać musi prawom obowiązującym w tych granicach, i jego zgoda lub niezgoda nie ma tu żadnego znaczenia ani wpływu. Wskutek tego prawo państwowe wymaga przymusu, aby było przez wszystkich szanowane i wykonywane; wymaga systemu karnego i władzy zwierzchniczej, panującej, która by miała siłę karania i naginania życia ludzkiego do obowiązującego prawa. (...)

Różnica zatem pomiędzy uchwałami obowiązującymi w stowarzyszeniu a prawami państwowymi jest zasadniczą: pierwsze istnieją dla tych tylko, którzy je uznają za użyteczne dla siebie; drugie zaś istnieją przymusowo dla wszystkich, którzy zamieszkują terytorium państwa; pierwsze są tylko prostym wyrazem potrzeb życia; drugie zaś narzucają się życiu ludzkiemu i usiłują przystosować je do siebie.

Odnosząc to do opisywanego zagadnienia. Czy będziemy chcieli kształtować swoje życie w ramach niezależnych stowarzyszeń, czy pozwolimy państwu na kształtowanie naszego życia bez wyrażenia naszego zdania, jak jacyś dobrowolni niewolnicy czekający na rozkazy przysłowiowej „góry”? Podstawowy dylemat jest więc na chwilę obecną następujący: chcemy być wolni, czy chcemy pozostać niewolnikami?

I jak słusznie zauważył Abramowski:

Ludzie, którzy nie umieją sami w niczym rządzić się, którzy odzwyczaili się od samodzielnych czynów. (...) Ludzie, w których tak zupełnie zanikła wszelka solidarność, wszelka umiejętność i potrzeba pomocy wzajemnej, tego właśnie, co stanowi podstawę demokracji, że nawet teraz nic innego nie mogą uczynić, jak tylko albo żebrać, albo dawać jałmużnę. Z takich typów nie może powstać demokracja, ani nawet wolność. Polska niepodległa i ludowa wymaga innych ludzi, ludzi innego typu, innego sumienia; wymaga typu, który umie sam życie tworzyć, i który patrzy na życie społeczne, jako na wolny czyn wspólności i pomocy wzajemnej między ludźmi (Odczyt o Związkach Przyjaźni, 6 maja 1917 r.).

►Wojciech Bratek

Czytaj również:

Edukacja prywatna lepsza od państwowej

W Bydgoszczy powstanie szkoła obywatelska


kategorie: Artykuły,
Lipiec 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1
2345678
9101112131415
161718 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych