27 - 06 - 2014

Monitoring to ułuda bezpieczeństwa


Obecnie w Warszawie trwa obywatelskie głosowanie nad budżetem partycypacyjnym. Choć idea decydowania o wydatkowaniu własnych pieniędzy jest jak najbadziej słuszna, a wiele zgłoszonych projektów może okazać się pożytecznymi dla mieszkańców stolicy, niestety trafiają się również i takie pomysły na wydatkowanie pieniędzy, które ze społecznego punktu widzenia są po prostu szkodliwe.  

Do takich całkowicie zbytecznych pomysłów należą te, które postulują wydatkowanie pieniędzy podatników na zakładanie i utrzymywanie monitoringu miejskiego. Swoje zdanie na ten temat wyraziliśmy za pośrednictwem broszurki, która trafiła ostatnio do skrzynek pocztowych. Jej treść prezentujemy poniżej.

Monitoring to ułuda bezpieczeństwa

Kamery śledzą nasz ruch i poczynania dosłownie wszędzie: na ulicach, w szkołach, w pracy, a także w wielu innych miejscach publicznych. Nasza prywatność zostaje w ten sposób zdecydowanie zanegowana.

Tłumaczy się to względami bezpieczeństwa. Ale ja na przykład nie stanowię żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa, więc jakim prawem jestem poddawany z tego tytułu ciągłemu monitorowaniu moich poczynań, kiedy wyraźnie sobie tego nie życzę? Dlaczego płacę utratą prywatności, płacąc też dosłownie w podatkach na utrzymanie monitoringu miejskiego, za rzekome bezpieczeństwo w miejscach kamerowanych, choć jak dotąd nie ukazały się żadne sensowne badania potwierdzające tę niby współzależność pomiędzy kamerami a bezpieczeństwem?

Czy monitoring miejski spełnia swoją rolę, jeśli idzie o wzrost bezpieczeństwa mieszkańców miast? Coraz więcej osób zadaje sobie to pytanie, bo choć kamer w naszych miastach przybywa, to wskaźniki przestępczości wcale nie spadają. Więc gdzie to bezpieczeństwo, o którym zawsze mówi się tak głośno w kontekście montowania przez władze nowych kamer? Pojawiają się nawet poparte konkretnymi przykładami opinie, iż lepiej od monitoringu miejskiego sprawdza się monitoring prywatny danych obiektów, zakładany przez ich właścicieli, oraz zwykłe patrole.

To nie przestępczość spada w miejscach monitorowanych, a poziom wolności obywatelskich, rozumianych jako poczucie prywatności. Jeśli ktoś nie wierzy, to proszę pod tym względem przeanalizować przykład brytyjski, gdzie występuje największa ilość kamer na jednego obywatela, a pożądanego bezpieczeństwa jak nie było, tak dalej nie ma. Jak wyraźnie widać – nie tędy droga.

Co się dzieje w tym przypadku z Art. 47 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, który brzmi: „Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym”? Czy służby nadzoru i represji wiedzą w ogóle co to takiego ta Konstytucja RP?

Co ciekawe, jeśli rozstrzygamy ten problem na przykład w odniesieniu do szkół, to należy mieć na uwadze, iż obecność kamer w placówkach edukacyjnych nie jest w pełni regulowana przepisami. Nikt nie sprecyzował również w jaki sposób należałoby zabezpieczyć dane pochodzące z monitoringu. Stwarza to pewne pole do nadużyć, ale niejako jest również przyzwoleniem dla innych i bardziej wyszukanych form kontroli.

Oprócz tego osoba poddawana monitorowaniu nie dysponuje możliwością wyrażenia na to swojej zgody. Sam pamiętam, jak w czasach licealnych zostałem postawiony przed faktem dokonanym, kiedy oznajmiano mi, iż w naszej szkole zainstalowano już kilka kamer. Co więcej, byłem wręcz psychicznie przymuszany do wnoszenia określonych opłat za monitoring, którego sobie w moim liceum po prostu nie życzyłem.

Bywa i tak, że ludzie sami dobrowolnie zrzekają się swojej prywatności, gdy na przykład udostępniają pewnym instytucjom swoje dane personalne, aby w jakiś sposób uczynić swoje życie wygodnym. Godzą się tym samym na pewną formę kontroli, oczekując, iż w zamian otrzymają możliwość komfortowego funkcjonowania w społeczeństwie. Problem polega jednak na tym, iż obdarzone w ten sposób zaufaniem wszelkie instytucje statystyczno-kontrolne niekiedy przekraczają swoje uprawnienia, a cena jaką płaci przeciętny obywatel za dobrowolne poddanie się kontroli często jest niewspółmierna do korzyści, jakie rzekomo miał uzyskać rezygnując ze swojej prywatności.

Coraz więcej różnego rodzaju instytucji zbiera informacje na nasz temat. Tworzą się w ten sposób tzw. elektroniczne bazy danych, a stąd już tylko krok do pełnej inwigilacji. Jej przejawy są już niejako dostrzegalne chociażby na lotniskach, gdzie jesteśmy poddawani kontroli, która ma wykazać, czy aby nie jesteśmy „członkami jakiegoś ugrupowania terrorystycznego”. Owe bazy danych stanowią zagrożenie dla naszej prywatności i wolności już chociażby z tego prostego powodu, iż dostęp do nich nie jest w żaden sposób unormowany od strony prawnej. Korzystanie z nich może się więc odbywać w sposób niemalże dowolny, w zależności od zwykłego widzimisię określonych służb państwowych.

Dziś robi się wszystko, aby dosłownie każda służba kontrolna miała dostęp do jak najszerszego zbioru informacji na nasz temat. Paradoksem jest, że na inwigilację społeczeństwa wydaje się ogromne pieniądze, które pochodzą z kieszeni podatników, a więc od samych inwigilowanych.

Nikt jak dotąd nie potrafi jednak rzeczowo i logicznie wyjaśnić rzekomej zależności pomiędzy ograniczaniem wolności ogólnospołecznej, czyli nadzorowaniem społeczeństwa, a poprawą naszego bezpieczeństwa. Prawda jest taka, że owa zależność nie istnieje. „Kontrola dla twojego dobra” jest czysto propagandowym wybiegiem systemu, który pragnie nadzorować nasze poczynania.

Dlatego kamery nie zlikwidują przestępczości, a wytworzą jedynie ułudę bezpieczeństwa. Tylko dlaczego za tę ułudę muszę płacić w przenosi – utratą prywatności, i dosłownie – z własnego portfela? Pójdźmy po rozum do głowy i nie zamykajmy się w złotej klatce, tworząc świat pełny klamek i ograniczeń.



Listopad 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych