23 - 01 - 2021

Zły czas dla nielegalnych sportowców


Podobno we wszystkim trzeba zachować umiar. Najnowsze badania w zakresie uprawiania naszego kochanego sportu, do którego dostęp obecnie ogranicza państwo, wykazują, że nie ma czegoś takiego jak „niebezpieczne przekroczenie intensywności treningów”. Wręcz przeciwnie – im więcej trenujemy, tym lepiej dla naszego zdrowia.

Ale jak tu teraz trenować? Na dworze warunki takie sobie, o przechłodzenie organizmu więc nie trudno, szczególnie mi, osobie dość intensywnie się pocącej. Zresztą doświadczyłem już tego we wrześniu ubiegłego roku, po zamknięciu przez państwo siłowni, gdzie miałem do dyspozycji chociażby bieżnię do pobiegania w ciepłych warunkach. Moje wyjście w plener na małą przebieżkę skończyło się wówczas przemoczeniem butów i chorobą. Dzięki ci, czuwająca nad moim zdrowiem władzo!

Pod koniec grudnia pozamykali mi znowu nie tylko siłownie, ale kluby sportowe. Krótki esemesik od trenera: „Sory, ale tylko zawodowcy i oficjalni zawodnicy”. Ja nigdy do oficjalnych nie należałem, choć podejrzewam, nie przechwalając się oczywiście, że i więcej od niejednego tzw. zawodowca trenuję i dużo lepiej się prowadzę. I znowu szukanie alternatyw na dworze, gdzie wspomniane warunki takie sobie.

Nie ma przebacz, piła pod pachę i idę na orlika. Wpakuję kilka ładnych brameczek, a przy okazji pobiegam. Byłem raz, byłem drugi raz. Za moją trzecią wizytą na tym samym obiekcie, natrafiłem na kilku chłopaków już rozgrywających swój mecz. Po krótkim zastanowieniu się, czy nie zapytać o możliwość dołączenia do nich, zrobiłem jednak nawrotkę i gdy chciałem już pojechać w inne miejsce, zauważyłem pędzący w ich stronę radiowóz. Można było się domyślić, że panowie policjanci jadą, by położyć kres temu „nielegalnemu uprawianiu sportu”.

Swoją drogą, sytuacja dosłownie jak za okupacji, gdzie Polacy musieli w ukryciu uprawiać aktywność fizyczną, żeby nie narazić się na konsekwencje. Analogia z okupacją podparta jeszcze tym, że jak się później od tych grających chłopaków dowiedziałem, bo oczywiście zawróciłem na wspomnianego orlika, jakiś konfident zadzwonił na policję z pretensją, że w czasie okupacji... przepraszam – pandemii rzecz jasna, kilku młodych ma czelność się sportować. Postraszyli ich sanepidem, jadącym już ponoć do nich. Żeby było śmieszniej, ów sanepid miał do nich jechać z miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów, choć na miejscu ów instytucja posiada swoje przedstawicielstwo.

Kiedy ostatni z wypędzonych przez władzę już zwalniali boisko, uznałem, że nie mają sensu poszukiwania innych orlików. Zostałem i rozpocząłem swój prywatny mecz, oczywiście pod czujnym okiem policji, która jeszcze tędy dwa razy śmignęła pobliską ulicą, i zapewne przy gniewnych spojrzeniach jakiegoś denuncjatora, który zapewne czaił się już gdzieś za firanką swojego okna, ze swędzącą go łapą na telefonie: „Halo policja, tu znowu uprawia się sport! Młodzi ludzie dbają o swoje zdrowie, zamiast ćpać i zapijać się na kwadratach! Są aktywni, zamiast siedzieć na d...ch, gnijąc i tyjąc w domach w ramach ochrony zdrowia społecznego! Zróbcie coś z tą nielegalną aktywnością!”.

I rzeczywiście, długo sam nie pograłem. Dodam jednak, że „na szczęście”. Zbiera się kolejna ekipka do grania! Wśród zbierających się talentów-piłkarzy (a nie jest to żadna obraza, bo ci ludzie naprawdę potrafią grać w piłkę) widzę nawet znajomą twarz. Teraz to już na pewno rozegram meczyk, niech by nawet te kilkanaście minut, zanim dosięgnie nas wzrok konfidenta i zbrojne ramię państwa. Z mojej mordy nie znika uśmiech. Chłopaki oczywiście wiedzieli, co tu wcześniej zaszło, ale czy nawet okupant był w stanie powstrzymać aktywność sportową Polaków w mrocznych latach II wojny światowej?          

Nie rozwodząc się zbytnio, stało się to, co miało się stać. Po około 40 minutach pięknej sportowej rywalizacji przyjechali ci, co mieli przyjechać. Poinformowali, że zadzwonił ten, kto miał zadzwonić i proszą o opuszczenie obiektu, tym razem już nie strasząc żadnymi sanepidami. Pogadali coś o obiektach ogrodzonych, co oczywiście nie miało sensu. Zostawmy to więc na boku. Gdyby kogoś interesował wymiar sportowy, moja drużyna „szóstek” prowadziła ten mecz. Indywidualnie zaliczyłem kilka trafnych podań, może ze dwa nieudane. Raz wybiłem piłkę z linii bramkowej, raz puściłem bramkę między nogami. Myślę, że Andrzej Strejlau zgodziłby się ze swoimi młodszymi kolegami komentatorami, że zaprezentowałem się przyzwoicie.

Nowy tydzień nie przyniósł żadnych rewelacji. Państwo nie otworzyło klubów i obiektów sportowych, przynajmniej dla takich sportowców jak ja. Czyli znowu ten sam scenariusz – piła do bagażnika i na sławny już orlik. Nie liczyłem już na to, że uda mi się znowu rozegrać mecz w doborowym towarzystwie. Na miejscu zastałem za to zamkniętą bramkę wejściową na boisko z lakoniczną informacją na kartce, że wprowadzono zakaz korzystania z obiektu ze względu na Covid.

Zanim podjąłem próbę skontaktowania się z administratorami obiektu z pytaniem, na jakiej podstawie prawnej lub w oparciu o jakie rozporządzenie zamykają owego orlika, nie otrzymując oczywiście na to żadnej odpowiedzi, rozpocząłem swój „trening” pośrodku boiska, na które dostałem się bocznym, otaśmowanym wejściem. Domyślam się tylko, że zamknięcie to poszło z polecenia policji, ale mniejsza z moimi domysłami, kto konkretnie ogranicza wolność. Piszę „pośrodku”, bo nie chciałem przeszkadzać dwóm małolatom grającym przy jednej, i innemu gościowi pykającemu przy drugiej bramce. I znowu dla zainteresowanych wymiar sportowy. Z chłopaczkiem tym rozegrałem mały konkurs strzelecki, który minimalnie przegrałem. Mówiłem, że ludzie potrafią tutaj grać w piłkę.      

Historia z moim orlikiem kończy się jeszcze jedną wizytą na nim. Tym razem w pięknej śnieżnej scenerii. Brama już otwarta na oścież, choć kartka nadal wisi. Znowu jakieś małolaty trzaskają przy jednej bramce, druga wolna, choć i tutaj już ktoś się zbiera, żeby potem pobiegać za gałą w małej grupie. Gdzieś pośrodku inna grupka dzieciaków i chyba ich matka, wożąca ich na sankach. Swoją drogą, to też niezły wysiłek fizyczny, a uprawiany regularnie to nawet trening.

Nikt jednak nie mógł przyćmić tego dnia mojego występu i wspaniałej formy strzeleckiej. Padały tak ładne bramki, że gdyby sztab szkoleniowy pewnej lokalnej ekstraklasowej drużyny mnie przyuważył, na pewno szukałby kontaktu z moim agentem. Tymczasem ów sztab wyjechał legalnie trenować do ciepłych krajów, a ja musiałem już wracać do ciepłego domu. Porównanie może takie sobie, ale pokazuje różnice pomiędzy „legalnym i zawodowym” uprawianiem sporu, a tym „nielegalnym” obecnie i amatorskim.

Ciekawe, bo tekst miał być o najnowszych badaniach dotyczących uprawiania sportu, a wyszły mi jakieś wspomnienia. Nic jednak nie poradzę na to, że obecny klimat do uprawiania sportu jest na tyle fatalny, że kładzie się cieniem na inne aspekty życia, przynajmniej mojego. Skoro jednak zaczęliśmy od strony naukowej, to i tak skończmy.   

Upublicznione przez „PLOS Medicine” badania dowodzą, że wzmożony wysiłek fizyczny nie jest niebezpieczny dla zdrowia, a może przynieść nawet pożyteczne skutki. Badania zostały przeprowadzone w okresie 5 lat na ponad 90 tys. zdrowych osób. Badano zarówno mężczyzn, jak i kobiety. U osób ćwiczących intensywnie ryzyko wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych spadło od 54 do 63 proc. Osoby ćwiczące umiarkowanie lub nieco intensywnie, odnotowały redukcję ryzyka na niższym poziomie: 48 do 57 proc. Wniosek: im więcej sportu, tym więcej zdrowia!!!

G. 

Czytaj również: 

Protest przeciwko państwowemu atakowi na sport 


kategorie: Artykuły, Sport, Zdrowie,
Marzec 2021
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych