06 - 09 - 2020

Rozwój nie tylko fizyczny


Ostatnio na stronie, jak zdążyliście już zauważyć, pojawiło się kilka rozważań z gatunku tych duchowych. Od pesymistycznych tekstów w dziale Okiem Sponarchisty, po recenzje lektur o charakterze religijnym.

Rozwój duchowy to ważna sprawa w życiu każdego człowieka, przynajmniej tak nam się wydaje. Nasza redakcja ma swoje przemyślenia, zadajemy pytania, szukamy, czyli mamy nadzieję, że staramy się rozwijać i wzbogacać nasze życie, które nie powinno polegać jedynie na konsumpcji, gromadzeniu dóbr materialnych czy nawet cenionej przez nas sprawności fizycznej.

Musi być coś więcej niż to, co sami w swojej ludzkiej krótkowzroczności uznajemy za wartościowe. I wydaje się, że trudno uciec przed poszukiwaniem „tego czegoś”, przechodząc obojętnie obok kwestii związanej z wiarą lub jak kto woli Bogiem. Z własnego doświadczenia wiem, że gdy Go szukam, czuję się dobrze, gdy stawiam na pierwszym miejscu życie doczesne, czuję się źle. I mówi to człowiek, który zadaje wiele pytań, który nie zgadza się na wszystko, co mu podsuną pod nos, nie chodzi do kościoła i ogólnie ma pesymistyczne nastawienie do życia. Jeśli więc coś w moim życiu drgnęło w pozytywną stronę, gdy miałem Jezusa na ustach i w sercu...

Mimo wszystko nadal szukam, zgłębiam, czuję że nie jestem jeszcze na odpowiednim poziomie świadomości, gwarantującej harmonię, spokój i wolność. To przejawy wyższej duchowości, widoczne w życiorysach ludzi, którzy dotarli do Boga choćby nawet pokrętnymi ścieżkami, ale jednak Go znaleźli. Odwieczne pytanie: czy można czuć boski stan świadomości jeszcze tu na ziemi? Czy można znaleźć pełnię szczęścia nie dysponując wypchanym portfelem? Po prostu: czy pomimo bólu i cierpienia jest nadzieja na lepsze życie?

Wszystko sprowadza się więc do poszukiwania nadziei, a więc Boga. Człowiek potrzebuje nadziei, potrzebuje pocieszenia i miłości. Tacy już jesteśmy. A im więcej cierpimy, im więcej musimy znieść ciosów, jakie zadaje nam życie, tym więcej tej miłości nam potrzeba. Czy potrafimy się wspierać w trudnych chwilach? Czy jako ludzie jesteśmy dla siebie wsparciem, nawet jeśli uważamy, iż mamy tę miłość w sobie do drugiego człowieka? Bo czy człowiek może do końca być podporą dla innego człowieka?

Mam takie dziwne wrażenie, że w chwilach zwątpienia, przytłoczeni swoimi problemami, i tak pozostajemy sami. Możemy nawet chodzić do psychologów, możemy mieć znajomego, z którym sobie porozmawiamy, czy rodzinę, która nas wysłucha. Potem jednak zamykamy się w swoich domach, mieszkaniach, pokojach i dalej zmagamy się z naszymi problemami w samotności. A wtedy możemy się wygadać jedynie ścianom.  

Poza pewnymi wyjątkami. Nie jesteśmy samotni, gdy naprawdę znajdujemy albo po prostu łapiemy osobisty kontakt z Jezusem. To coś, co naprawdę jest kwestią osobistych odczuć i relacji, nie mającą nic wspólnego z regularnym odwiedzaniem kościoła i uczestniczeniem we mszy świętej. Chęć dodatkowych spotkań z Bogiem w kościele rodzi się jakby na dalszym etapie. Najpierw jest owa osobista relacja. A taka prawdziwa relacja daje jedynie prawdziwie odczuwalne poczucie miłości i pokoju w każdej sytuacji życiowej.

Skąd to wiem? Bo dostrzegam to w życiorysach ludzi, którzy relację z Bogiem stawiali i stawiają na pierwszym miejscu. Bo w końcu doświadczyłem tego osobiście, choć znowu utraciłem. Trzeba Wam wiedzieć, że jako osoba z poharataną psychiką, co medycyna nazywa chyba nerwicą natręctw, wyszukuję problemów nawet tam, gdzie ich nie ma. Są one dla mnie balastem, rodzajem psychicznej tortury, która trwa i nie może się skończyć. I teraz, póki żyłem z Jezusem, a przy okazji pojawiały się przede mną życiowe trudności (urojone bądź prawdziwe), mogłem z uśmiechem na twarzy przejść obok nich obojętnie lub przynajmniej mieć na tyle siły, żeby je pokonać. Byłem jakby w nirwanie, stanie błogości i, co tu dużo mówić – spokoju ducha. Gdy odchodziłem od Boga lub traciłem w Niego wiarę, pojawiał się lęk, a z nim złość, która rozkłada moje życie na łopatki.

Czyli, jak widać, gdy mówimy o poukładanym życiu, mówimy też o rozwoju duchowym. Uznajemy fakt, że nie może się on odbyć bez wejścia w osobistą relację z Bogiem. Na gruncie chrześcijańskim, bo w końcu w takiej tradycji zostałem wychowany i uznaję ją w głębi serca za najwłaściwszą – choć podkreślam, nie jedyną – dostrzegam, że najlepszym pośrednikiem w poszukiwaniu relacji z Bogiem jest Jezus. Jak poznać Jezusa? Bezpośrednio, czyli czytając Nowy Testament. Sięgając po publikacje z gatunku tych religijnych, niekoniecznie tych ciężkich, teologicznych. I chyba jeden z lepszych sposobów: przez modlitwę wypowiadaną w skupieniu i własnymi słowami, w której zawsze powinien znaleźć się czas nie tylko na mówienie, ale też na słuchanie.

To pewne, znalezienie Boga, lub inaczej: odnaleźć więź z Bogiem, to odnaleźć harmonię i spokój w życiu. Owszem, pytań zawsze będzie wiele, ale o wiele łatwiej przychodzi nam godzić się z pewnymi sprawami, na które pewnie i tak nie mamy wpływu, gdy znajdujemy spokój podparty relacją z Bogiem. Czuję się trochę jak ksiądz podczas kazania, dlatego ujmę to w świecki sposób: jeśli miłość istnieje naprawdę, bo tak na serio, to mam wątpliwości, czy między ludźmi takowa może w pełni się rozwinąć, to źródło tej miłości jest w Bogu. Rozwinąć się w pełni duchowo tu na ziemi, to chyba doświadczyć tej miłości w poczuciu pokoju serca. To pogodzenie się z każdą sytuacją życiową, to w końcu otwartość na ludzi i świat.

Dla nas, istot które podejmują decyzję pomiędzy swoją zwierzęcą fizycznością a boską duchowością, takie podejście do tematu wzrastania w Bogu nigdy nie było proste. Ale czy rozwój duchowy miałby być zajęciem prostym? Jeśli byłby takowym w rzeczywistości, to jak mielibyśmy wzrastać i rozwijać się emocjonalnie? Nie mielibyśmy nawet szans na to, aby stawać się lepszymi ludźmi. Przypominam jednak, że wzrastanie nie musi być pasmem cierpień, o ile zaprzyjaźniliśmy się z Jezusem. To znaczy, cierpienia nie znikną same przez się. Z Jezusem przy boku nie będą nas przytłaczać. Odważę się nawet powiedzieć, że wręcz przeciwnie, przeciwności losu mogą nas podbudowywać duchowo, jeśli tylko będziemy blisko Jezusa.

I jeszcze jedno przypomnionko: zaprzyjaźnić się, to znaczy spędzać czas w relacji z Nim, a nie słuchać od niechcenia Słowa w kościele. Jeśli to będzie prawdziwa przyjaźń, to przyjdzie czas, że sami będziecie się wyrywać na mszę świętą, żeby tylko mieć Boga jeszcze więcej w swoim życiu. I przestaną wam przeszkadzać księża, jeśli wcześniej mieliście jakieś uwagi pod ich adresem, dyktat, hierarchia i inne okoliczności. Skupicie się na Bogu, bo to Jego szukacie.

G.

Czytaj również:

Recenzja: Jacques Ellul „Anarchia i chrześcijaństwo”

Recenzja: Marcin Zieliński, „77 Moc przebaczenia”

Recenzja: Todd Burpo, Lynn Vincent „Niebo istnieje… Naprawdę!” 



kategorie: Opinie, Wiara,
Wrzesień 2020
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych