2017-02-07

Książka: Jakub Wozinski „To nie musi być państwowe”. Warszawa 2014


Kiedy światło dzienne ujrzała książka Jakuba Wozinskiego „To nie musi być państwowe”, nie pozostawało nic innego, jak tylko zapoznać się jej treścią. Gdy już lekturę miałem za sobą, udało się porozmawiać z sympatycznym autorem tej książki osobiście.

Jakub Wozinski, propagator libertarianizmu, miał wówczas wiele ciekawego do powiedzenia. Bazując na swojej pracy dowodził, że inicjatywa prywatna doskonale rozwiązywała ludzkie sprawy w przeszłości i dopiero państwo popsuło ten naturalny schemat, poprzez stopniowe przejmowanie coraz to nowych dziedzin życia.

Autor potrafi nie tyle wykazać, że ludzie mogli i mogą być niezależni od urzędniczych instytucji, co udowadnia, że wolna przedsiębiorczość nie działa dzisiaj wszędzie nie dlatego, że jest niewydolna, ale dlatego, że nie pozwala na to państwo. To ogromny atut tej książki, walor o znaczeniu historycznym, ponieważ otrzymujemy dowód, że społeczeństwo może organizować się oddolnie. Kiedyś rzeczywiście tak było, dopóki nie oddaliśmy swoich wolności monopolistycznemu państwu.

Jakub Wozinski pisze, jak państwo stopniowo przejmowało kontrolę nad sferami życia społecznego, zastępując, a raczej siłą wypierając inicjatywę prywatną. Tak się oczywiście składało, że dokonywało się to zawsze ze szkodą dla społeczeństwa, a z korzyścią dla interesów wąskich uprzywilejowanych grup urzędniczych. I tak jest w zasadzie do dzisiaj, co Jakub Wozinski potrafi uargumentować.

Do tego miejsca wszystko jest oczywiste. Problem z odbiorem książki Wozinskiego pojawia się tam, gdzie autor próbuje nas przekonać do proponowanych przez siebie rozwiązań problemów współczesnych z pozycji teoretycznych. Okazuje się, że z szukaniem konkretnych recept na rozwiązania alternatywne wobec dzisiejszej aktywności państwa już nie jest tak prosto, jak z wykazaniem, że inicjatywa prywatna jest lepsza od tej urzędniczej. Powód jest prosty – każdy posiada swoją wizję świata, dlatego ich wzajemne ścieranie się będzie normą.   

Ten wpis, to w zasadzie nie recenzja, ale próba rozliczenia się z tymi konkretnymi poglądami autora „To nie musi być państwowe”. To również nie jest polemika. Bliżej temu do „rozmowy z książką”. Podkreślam to raz jeszcze, książką ciekawą, bo podważającą „słuszną rolę” państwa na wielu płaszczyznach życia społecznego i gospodarczego.

Rodzi się więc kilka pytań, które siłą rzeczy, podszyte są wątpliwościami, co do słuszności obranej przez autora alternatywy. Może nie przytoczę tutaj pełnego zestawu tych pytań, ale chciałbym się podzielić przynajmniej częścią swoich uwag.   

Jakub Wozinski przyjmuje na przykład, słusznie zresztą, że państwowa niewydolność opóźnia proces modernizacji dróg. Postuluje prywatyzację, której być może konsekwencją byłaby poprawa warunków podróżowania, ale czy uchroniłoby to przed wystąpieniem jakichkolwiek negatywnych czynników? Czy na przykład nie pojawiłoby się większe niż obecnie zagrożenie dewastacji środowiska oraz inne skutki uboczne masowego (zgodnego z potrzebami kierowców) stawiania dróg? Wyraźnie brakuje tu dogłębnej oceny zjawiska lub chociażby zasygnalizowania problemu.

Z kolei prawo do zapłaty za adopcję dziecka wymaga przynajmniej delikatności. Jakub Wozinski uważa, że dobrym rozwiązaniem byłoby wykluczenie państwowego pośrednika z procesu adopcyjnego czy w ogóle wspierania przez państwo dzieci pokrzywdzonych przez los. Założenie słuszne, opis problemu właściwy, pojawiają się jednak wątpliwości w sposobie realizacji tych pomysłów. Oddanie (odsprzedanie) dziecka przez rodzinę patologiczną osobom, które chcą, ale nie mogą mieć dzieci, jeszcze można wytłumaczyć. Ale jak w takiej sytuacji ustrzec się przed ewentualnym zjawiskiem handlu dziećmi dla korzyści czysto majątkowych? Dzieci źródłem dochodu? Dzieci jako towar? Dziecięcy rynek pierwotny, a może nawet i wtórny? Jaki wywarłoby to wpływ na psychikę dziecka i jaki ukształtowałoby to model zachowań społecznych trudno przewidzieć.

Kolejny etap teoretycznej wizji autora dotyczy podboju Kosmosu. Owszem, prywatyzacja i w tej dziedzinie mogłaby przyśpieszyć ten proces, na przykład na polu „turystyki pozaziemskiej”. Mam jednak pewne wątpliwości, czy prywatyzowanie (czytaj: eksploatowanie) Księżyca jest dobrym rozwiązaniem. Mając na względzie dewastacyjny wpływ gatunku ludzkiego na Ziemię, dyktowany chęcią zaspokojenia każdej ludzkiej potrzeby, dlaczego chcemy poświęcić jeszcze i Księżyc?

Ale wracając na Ziemię. Jakub Wozinski wierzy, że prywatni właściciele lasów udostępnialiby je dla ludzi, którzy mogliby to czynić za niewielką opłatą. Skąd jednak bierze się to przekonanie, że udostępnianie lasów byłoby zjawiskiem powszechnym? Dlaczego prywatni właściciele lasów mieliby ochoczo wpuszczać na swój teren, dajmy na to – zbieraczy grzybów?     

Można raczej przypuszczać, że zamożni właściciele jakiegoś skrawka lasu nie przejmowaliby się takim marnym źródłem dochodu, jak opłaty od grzybiarzy, i na trwale ogrodziliby swoje „działki leśne”. Przyznaję, znam podobny przypadek, choć nie dotyczy ściśle lasu, ale po części ziemi w jego obrębie. Jej właściciel nie przejmuje się opłatami od grzybiarzy, ale raczej tym, że po raz kolejny wkroczyli na jego teren, uprzednio forsując ogrodzenie. A przykłady prywatnych plaż, do których zwykli śmiertelnicy nie mają dostępu? Czy ich zamożni posiadacze dają możliwość odpłatnego pluskania się w swoim towarzystwie osobom, które za to zapłaciły?        

Podobne wątpliwości można mieć w temacie przechowywania dzieł sztuki. To prawda, co pisze autor, a mianowicie, że nie tylko państwo może dbać o kulturę, ściślej – dzieła sztuki. Skąd jednak gwarancja, że prywatni muzealnicy lub przedsiębiorcy nie odsprzedadzą dla zysku dzieł kultury za granicę, bo bardziej będzie im się opłacała sprzedaż, aniżeli przetrzymywanie ich w Polsce? Czy możemy mieć pewność, że wszyscy posiadacze dzieł sztuki chcieliby je udostępniać osobom trzecim?     

Zestaw tych wątpliwości skłania do zadania jednego fundamentalnego pytania. Dlaczego Jakub Wozinski nie przywiązuje wagi do skutków ubocznych swoich pomysłów na organizację rzeczywistości bez państwa? Może czytelnicy książki, którą tutaj polecam, znajdą swoją odpowiedź. Moja jest taka, że choć autor wyrwał się spod propagandy państwowej, znajduje się pod wpływem innej ideologii – popytu i podaży. Jest nawet i trzecia, jeśli mieć na względzie, że Jakub Wozinski rozgrzesza niegdysiejszy prymat Kościoła na przykład w edukacji, ale już potępia indoktrynację państwową w tej materii.

Według zwolenników popytu i podaży, jeśli poprawią się statystki, to automatycznie ludziom będzie żyło się lepiej, jakby wyzysk czy inne negatywne zjawiska już nie występowały, albo nie były tak istotne. Ten tok rozumowania przedstawia się mniej więcej tak: dzieci wykorzystywane jako pracownicy podczas rewolucji przemysłowej – i tak mają lepiej, bo pracują; wyzysk pracowników krajów Trzeciego Świata – i tak mają lepiej, bo zarabiają. Albo odwołując się do książki i rozwijając zwrot, iż popyt na ekologię może zostać dobrze spożytkowany przez rynek. Owszem, może i tak. Ale jak ów popyt zniknie, to co wtedy? Wykarczujemy lasy i postawimy markety, gdyż to będzie akurat bardziej opłacalne po ekologii?

Wierzę, że o opłacalności mogliby decydować ludzie, jeśli pozostawiłoby się im możliwość debaty, ścierania się różnych poglądów na obranie kierunku postępowania. Ale nie zaakceptuję sytuacji, że o kształcie życia będzie decydować jakakolwiek ideologia, przysłaniająca rozmowę, kompromisy i wielopłaszczyznowy ogląd rzeczywistości.

Jak wyglądałoby nasze życie, jeśli kierowalibyśmy się tylko zachciankami chwili i zyskiem ekonomicznym? W książce Jakuba Wozinskiego znajduję odpowiedzi na pytania z gatunku „To nie musi być państwowe”. Kiedyś nie musiało, to i dzisiaj nie musi. Ale raczej nie znajduję odpowiedzi, w jaki sposób kształtować to „niepaństwowe” w przyszłości.      

S.G.



 
 
Czerwiec 2017
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych