2015-07-29

Książka: Suki Kim, „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit”, Kraków 2015


O życiu w Korei Północnej nie wiadomo zbyt wiele z racji odizolowania się tego państwa od świata zewnętrznego. Docierają do nas informacje szczątkowe, jak chociażby ostatnie doniesienia o zbliżającej się kolejnej klęsce głodu. Kraj ten, trzymany w uścisku przez Kim Dzong Una, potomka Kim Dzong Ila, choć odnotował w ostatnim roku wzrost PKB o 1 proc. jest jednym z najbardziej nieprzyjaznych do życia miejscem na Ziemi.  Nic dziwnego, że bieda oraz wszechobecny terror to pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy po wspomnieniu o Korei Północnej.

Mimo informacji o posłusznym i zakochanym w swoim Wiecznym Wielkim Wodzu i Wspaniałej Partii społeczeństwie oraz panującym tam dozorze pracy, nie wiadomo jednak jak na co dzień żyją Koreańczycy z Północy. Informacje na ten temat docierające do świata zazwyczaj pochodzą od nielicznych uciekinierów z tego totalitarnego państwa.

Autorka książki – Suki Kim jest pisarką pochodzenia koreańskiego. Choć urodziła się w Seulu, jak chyba wszyscy Koreańczycy odczuwa doniosłość wydarzeń historycznych, które doprowadziły do podziału kraju jej pochodzenia na dwa zwaśnione ze sobą byty państwowe, odciskając tym samym piętno poprzez osobiste tragedie na każdej z koreańskich rodzin. Jej relacja z pobytu na odciętym od świata zewnętrznego uniwersytecie dla dzieci północnokoreańskich elit państwowych pod Pjongjangiem uchyla rąbek tajemnicy o życiu i postrzeganiu tego życia w reżimie nie tyle przez studentów, co zwykłych Koreańczyków. Jest to zatem niezwykle mały wycinek społeczeństwa w tym 25 milionowym kraju, jednak mimo to nawet z tego wąskiego przekroju możemy dowiedzieć się co nieco o mentalności Koreańczyków z Północy oraz zasadach życia wspólnotowego, które wtłaczane na siłę przypominają raczej przyuczanie do postępowania stadnego, a tym samym pokornego posłuszeństwa względem autorytetu władzy.

Autorka trafia do Korei Północnej wraz z grupą misjonarzy chrześcijańskich w roli nauczycielki na nowo powstałym uniwersytecie. Niekiedy odczuwa się wrażenie, iż Suki Kim zderzyła się podczas tego pobytu w Korei Północnej z dwoma rodzajami sekt – państwowej i religijnej. Dlaczego państwowej? Jak wiadomo, dzieci w Korei Północnej od małego wychowywane są w kulcie wodzów Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i obecnego Kim Dzong Una. Wszechuwielbienie dla Wielkich Przywódców jest wpajane mieszkańcom tego kraju na każdym możliwym gruncie. Podstawą tej indoktrynacji są szkoły, gdzie obok lekcji z selektywną wiedzą, czyli zatwierdzoną przez dygnitarzy i cenzorów, znajdują się zajęcia z historii życia wodzów; każda klasa, każde pomieszczenie w szkole posiada portrety Najdroższych Przywódców, których nie można zasłonić lub zdjąć, gdyż wiązałoby się to z surowymi karami. Koreańczycy z Północy zdają się nie widzieć w swoim życiu i zachowaniu niczego nadzwyczajnego ani dziwnego.

Z naszego punktu widzenia, osób żyjących w bądź co bądź wolnych krajach, życie tych ludzi można przyrównać do życia osób trafiających do sekt. W nich również ludzie żyją w izolacji, a pranie mózgu jest na porządku dziennym. Można więc stwierdzić, że większość nauczycieli, którzy przybyli edukować przyszłe elity Północnej Korei, również przejawiają myślenie w kategoriach sekciarskich. Nauczyciele ci przybyli do Korei nie w celu nauczania młodzieży, ale przede wszystkim dlatego, by krzewić wiarę chrześcijańską. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż swoim zachowaniem przypominali właśnie osoby wciągnięte przez sektę. Ich myślenie, postępowanie, przekonania były tak ograniczone, iż chcąc osiągnąć swoje cele stawali się tak naprawdę kolejnymi indoktrynerami młodych uczniów. Okazało się, że nasza bohaterka, chcąc uchylić młodzieży choć rąbka współczesnego świata napotykała przeszkody nie tylko w cenzurze koreańskich „opiekunów”, ale również tych zachodnich krzewicieli chrześcijaństwa. I tak, problemem było na przykład zorganizowanie seansu filmowego o Harrym Potterze z powodu „heretyckiego” – w opinii misjonarzy – przesłania filmu.

Książka Suki Kim jest jedną z tych książek, które czyta się jednym tchem. Życie w Korei Północnej jest tak abstrakcyjne, że aż nie można uwierzyć, iż ludzie mogą dać się aż tak zdominować przez system. Bezsilność, słabość, zastraszenie czy bardziej uległość, mentalność, usposobienie? To skłania do przemyśleń nad psychologią człowieka, naturą jego poczynań, a także opresyjnym charakterem każdej władzy, wyszukując obiektu naszych dociekań pod każdą szerokością geograficzną. Korea Północna jest akurat tym skrajnym przykładem na to, jak ustrój państwowy może być represyjny i zniewalający, szczególnie gdy zaopatrzymy go w jakąś wzniosłą ideologię. Jednak każdy z tych ustrojów posiada swoje cechy wspólne, które określają dwie stałe – podporządkować i przymusić. Szczęście w nieszczęściu, że w „naszym świecie” nie stosuje się tych wytycznych na tak szeroką i bezwzględną skalę, jak chociażby dokonuje się tego w Korei Północnej. Jednakże perspektywa, że w rzeczywistości nawet świat Zachodu posiada swoje wady, świat który Suki Kim chciała dla przeciwwagi ukazać koreańskiej młodzieży z Północy za niemalże wzorcowy, nie jest zbytnio krzepiąca. Pomijając naiwne uwagi typu: „Nasz świat jest idealny”, ludziom Zachodu zawsze jednak pozostaje to pocieszenie – „zawsze może być gorzej – spójrz na Koreę”. Trudno się nie zgodzić z tym określeniem, szczególnie gdy posiadamy wiedzę na temat tego, do czego jest zdolne państwo odmiany totalitarnej.

Bunt, który zawsze pojawia się w momentach ograniczeń narzucanych społeczeństwu przez ludzi posiadających monopol na stosowanie przemocy, który jest oznaką posiadania własnej wolnej woli, w Korei Północnej zdaje się nie występować. Ciężko określić czy dzieje się tak ze strachu przed konsekwencjami karnymi, zrezygnowania czy po prostu tamtejszej kultury, która nie ceni indywidualnego podejścia. Koreańczycy bowiem wszystko robią wspólnie, nawet w szkołach dobierani są odgórnie w pary „edukacyjne”, w których to mają wspólnie spędzać czas. Naturalny i spontaniczny dobór na zasadzie przyjaźni nie jest tam możliwy, a wszyscy zdają się akceptować ten stan rzeczy.

Szkoła, do której trafiła autorka, bardziej więc przypomina wojsko. Uczniowie noszą nawet mundury w dniu, kiedy pełnią wartę dla swoich Umiłowanych Przywódców. Analogia z wojskiem wydaje się tym bardziej trafiona, że tak jak w wojsku, społeczeństwo północnokoreańskie jest zhierarchizowane i podzielone na grupy wpływów. Z ideologicznego punktu widzenia swoisty paradoks – kraj niby komunistyczny, ale o wyraźnych różnicach klasowych, co posiada jeszcze dodatkowe utwierdzenie w koreańskiej tradycji podziału na określone klany i warstwy społeczeństwa lepiej i gorzej sytuowanego. „Podział na grupy i uszeregowanie w hierarchii – to znali. Indywidualne działanie było nie do pomyślenia” (str. 92). I dalej: „Chociaż wszyscy udają, że takie hierarchie nie istnieją, wpływają one na mobilność społeczną mieszkańców. Rządowi udało się wyrugować dawny system klanowy i zastąpić go własnym” (str. 141).       

W tym świecie wydaje się, że ludzie, tak jak studenci z elity, którym nie są obce nawet przymusowe prace fizyczne na terenie kampusu, mają wszystko z góry zaplanowane – czas, a przede wszystkim przyszłość. Ich życiem sterują Przywódcy, o których wiedzą wszystko. Nie posiadają za to wiedzy o współczesnym świecie. Nie znają filmów czy gadżetów współczesnej techniki. Ale to mało powiedziane – oni nawet nie wykazują chęci do poznania świata zewnętrznego, tkwiąc w swojej wydumanej wyjątkowości i wyższości. To, co udostępni im okrojona wersja Internetu – intranet, oraz ideologiczne podręczniki, jest dla nich prawdą objawioną; innej nie chcą znać.

Zachęcam więc do lektury, by uszczknąć choć rąbek informacji o tym przedziwnym i nieznanym przez nas kraju. Zapraszam do świata psychologicznej analizy ludzkich zachowań, tutaj studentów, którzy postępują i myślą albo nieracjonalnie, albo przynajmniej odmiennie, niż ich rówieśnicy w innych krajach. Sugeruję też zastanowić się przy tej sposobności dwa razy, zanim postanowimy oceniać tych ludzi w jednoznacznych kategoriach. Nasza pisarka złapała się na to, gdy próbowała całą odpowiedzialność przerzucić na władzę. Ostatecznie przecież ostatnie zdanie należy zawsze do ludzi, choć trzeba przyznać, że każde państwo potrafi skutecznie spacyfikować i zindoktrynować: „Oczywiście KRLD celowo infantylizowała swoich obywateli, robiąc z wszystkich bezradne, bezsilne istoty, uzależnione od państwa” (str. 204).                     

►Filip Niedzielski



 
 
Maj 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych