2015-01-28

Książka: Lech Mergler, Maciej Wudarski, Kacper Pobłocki, „Anty-bezradnik przestrzenny – prawo do miasta w działaniu”, Warszawa 2013


Ponieważ żyję tematyką społeczną, a wydarzenia współczesne i aktualne zmagania społeczeństwa z bezduszną władzą i kastami uprzywilejowanymi przykuwają moją uwagę w stopniu większym, niż kolejne celebrowanie którejś tam z kolei historycznej rocznicy, nie mogłem nie postarać się o nabycie „Anty-bezradnika”. Szczególnie, że nie był to żaden wyczyn. Dostałem link od znajomego, pod którym można było zamówić książkę całkowicie za darmo! Nie przegapiłem okazji, czego potem nie żałowałem.

Niniejsza publikacja jest efektem pracy Stowarzyszenia My-Poznaniacy, za którym stoją ludzie wprawieni w bojach o uwzględnianie społecznego punktu widzenia w kształtowaniu przestrzeni miejskiej. Dostajemy więc do rąk praktyczny poradnik działania, którego atutem jest, poza zamieszczeniem w nim opisów konkretnych batalii o przestrzeń miejską, ujęcie zagadnienia z perspektywy społecznej, osób doświadczonych w opisywanej problematyce.

Przy czym „Anty-bezradnik” wykracza poza obręb tak bliskiego nam aktywizmu ulicznego, zresztą w kilku miejscach doceniając jego wartość na gruncie wywierania presji społecznej, i przenosi walkę na poziom, po którym porusza się władza oraz patrzący tylko na swój zysk, tzw. biznesmeni. Mowa oczywiście o poradach, które mogą pomóc, które mogą okazać się przydatne w konfrontacjach urzędowo-prawnych, aczkolwiek zgodnie z intencją autorów – pisanych w taki sposób, żeby zaznajomić z problematyką walki o przestrzeń przede wszystkim osoby, jakie nie dysponują większą orientacją w temacie.

Stąd wyjaśnienia kilku przepisów prawnych, w obrębie których porusza się aktywista miejski, i które stanowią znakomite uzupełnienie do praktycznych instrukcji postępowania, co najcenniejsze – pisanych z perspektywy i na podstawie doświadczeń działaczy społecznych. Uatrakcyjnieniem książki są z pewnością zamieszczone w niej zdjęcia, dane i wycinki z gazet, co na pewno wzbogaca jej przekaz.

Autorzy zachęcają czytelników do udziału w kształtowaniu swojego miejsca zamieszkania, jeszcze za nim zapragnie zrobić to za nich władza, czy inaczej mówiąc – siła wyższa. Wprawdzie nikt tu otwarcie nie krytykuje władzy za charakter podejmowanych przez nią decyzji, za wręcz statutowe ignorowanie głosu społecznego, ale obraz, jaki wyłania się z analizy poczynań urzędników, nie pozostawia złudzeń, że podejmując decyzje odnośnie do planów dla danej przestrzeni, władze pielęgnują interes grup uprzywilejowanych („inwestorów”), a coś takiego, jak interes społeczny, choćby uwzględniał czynniki długofalowe i perspektywistyczne, nie ma dla „góry” większego znaczenia. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie pojawia sie perspektywa jednorazowego zarobku na danej inwestycji vel budowli. Wtedy, nawet tylko jednorazowy zysk, przysłania wszystko – względy środowiskowe, ekonomiczne, społeczne itp. obiektywne ujęcie problemu, interes większości albo dobro publiczne (ochrona środowiska) schodzą na plan dalszy.

Na co jeszcze warto zwrócić uwagę analizując treść „Anty-bezradnika”? Autorzy wskazują na dość istotną zależność pomiędzy pogłębianiem demokracji a uspołecznianiem procesów związanych z kształtowaniem przestrzeni miejskiej. Czyli mowa o tym, o czym cały czas staramy się pisać, czy to na papierze, czy na Spolecznych.net. Jeśli ludzie zaczną baczniej przyglądać się otaczającej ich rzeczywistości, a w dalszej kolejności angażować się społecznie, siłą rzeczy podniosą wartość demokracji. Jeśli bowiem demokracja oznacza władzę ludu, to innej drogi ku niej nie ma.

Na dalszych stronnicach „Anty-bezradnika” przybliżono czytelnikom wszelkie zagadnienia, jakie sprowadzają się do terminów „miasto” i „miejskość”. Uzasadniono, dlaczego powstały ruchy miejskie, które w głównej mierze były reakcją mieszkańców miast na pomijanie ich głosu w decydowaniu o ich miejscu zamieszkania. Poznajemy specyfikę powstawania takich ruchów w różnych częściach świata, z zastrzeżeniem, że każde miasto jest indywidualnością, dlatego i same ruchy miejskie będą wykazywać zróżnicowanie w celach i metodach działania. Co oczywiście nie powinno przeszkadzać w nawiązywaniu między nimi współpracy i wymianie doświadczeń. To z kolei dla autorów jest niejako oznaką nowej ery, którą będzie demokracja globalna.

Podobno jej symptomy już są widoczne, gdyż państwo przestaje być w mniemaniu autorów miejscem, gdzie ludzie organizują się politycznie i społecznie. Te porozumienia i wymiana doświadczeń sprawiają, że aktywność staje się teraz globalna. Jeśli jednak spostrzeżenia o przyczynach pojawienia się zjawiska o nazwie demokracja globalna mają jakieś uzasadnienie, to z tezami o pozytywnym oddziaływaniu na demokrację ze strony Unii Europejskiej raczej nie wypada się zgodzić. Bo co takiego ze wzrostem demokratyzacji społeczeństwa może mieć wspólnego struktura, która sama w sobie zarówno w praktyce, jak i w oparciu o zasady swojego funkcjonowania, jest owej demokracji zaprzeczeniem? Zinstytucjonalizowana struktura wymusza ową demokrację? Oczywiście nie tą w wydaniu pośrednim i partyjnym, ale tą opisywaną w książce, czyli bezpośrednią, partycypacyjną.

Odpowiedzi na te pytania nie znajdziemy na łamach książki, ale na dobrą sprawę nie można już o to winić jej autorów. W końcu zagadnienia z pogranicza politologii, prawa i polityki urzędniczej na linii państwo-UE nie stanowią dla tego wydawnictwa wątku przewodniego. Skoro już jednak kwestia ta została zasygnalizowana, należało się tutaj do niej odnieść. Można natomiast zgodzić się z opinią, że aktywność obywatelska w ramach ruchów miejskich wprowadza demokrację przede wszystkim na gruncie lokalnym, co pośrednio dokonuje się w próbach przejmowania kompetencji od państwa i partii parlamentarnych.

Celniejsze uwagi autorów dotyczą więc bezpośrednio warunków miejskich, jakie z pewnością opisują rzetelnie ze względu na swoje własne doświadczenia. Co do pozytywnego oddziaływania na demokrację UE mogli się pomylić, ale w ich ocenie polityków-urzędników państwowych nikt nie powinien już doszukiwać się niedomówień. Dlatego każdy obserwator życia publicznego w Polsce powinien podpisać się pod słowami: Niestety, wielu polityków wciąż postrzega udział mieszkańców czy obywateli w życiu publicznym jako zagrożenie (str. 30). I dalej już idą konkretne przykłady, po które odsyłam do „Anty-bezradnika”.

Polecam szczególną uwagę skupić tutaj na jak najbardziej trafnych wyjaśnieniach przyczyn tak niskiego stopnia demokratycznego uświadomienia Polaków, podtrzymywanego przez rządzących nami polityków-urzędników w ramach demokracji przedstawicielskiej. Ta ostatnia zawsze będzie parodią, a nawet zaprzeczeniem demokracji, skoro nie daje ona ludziom prawa do stałego podejmowania decyzji w bezpośrednio interesujących ich sprawach, a zezwala jedynie na okresowe wybieranie, głuchych na głos obywatelski – politykierów-urzędników państwowych.

W kontekście powyższego, pożywką dla moich przekonań były choćby tylko szczątkowe fragmenty, w których znalazłem odwołania do demokracji bezpośredniej, tak bliskiej naszemu środowisku. Apel o stosowanie się do jej podstawowych wytycznych został tutaj oczywiście ujęty, jako polityka przekierowywania kompetencji decyzyjnych z urzędników do oddolnych ruchów aktywnych mieszkańców miast. Autorzy konsekwentnie dowodzą, że działalność ruchów miejskich sprzyja rozwojowi demokracji bezpośredniej, której tak obawiają się urzędnicy, działając oddolnie i w oparciu o konkretne cele.

Kolejne środowisko potwierdza tutaj przy okazji to, z czego zdają sobie sprawę wszyscy zwolennicy likwidacji państwa i zastąpienia go dobrowolną organizacją społeczną. Mianowicie, aktywność grup miejskich (powiedzielibyśmy – obywatelskich) wytwarza u ich przedstawicieli świadomość działania i rozwija wiedzę na wielu płaszczyznach. Dowodzi to, że ludzie zaangażowani są w stanie kreować rzeczywistość bez jakichkolwiek pośredników i nie robią tego tylko dla własnego interesu, ale dla wspólnoty: W ten sposób mieszkańcy przełamują stereotyp, w którym bronią wyłącznie swojego partykularnego interesu i mają tylko roszczenia, natomiast wiedza na temat miasta i tego, jak powinno ono być zorganizowane, jest wyłącznie domeną władz oraz ekspertów. Dlatego badanie, które wykonaliśmy podczas tego projektu, i którego wyniki są częściowo materiałem empirycznym, którym się w tej książce posługujemy, opierało się na rozmowach ze „społecznymi ekspertami” – lokalnymi działaczami, którzy dzięki często wieloletniej aktywności społecznej na rzecz ich osiedla, dysponują ogromną wiedzą na temat procesów przestrzennych zachodzących we współczesnym Poznaniu (str. 75-76).

Jest jednak na tym polu pewien zgrzyt w przekazie, jaki zawiera „Anty-bezradnik”. Z jednej strony mamy bowiem pochwałę inicjatyw oddolnych i obywatelskich, połączoną z krytyką hamującej ludzką aktywność „góry”, z drugiej – występujące tu i ówdzie powątpiewanie w samorządność obywatelską i skierowanie swoich nadziei na władze centralne. Wystarczy choćby przeczytać „Manifest Ministerstwa Miast”, żeby zacząć się zastanawiać, czy autorom-społecznikom rzeczywiście tak do końca chodzi o wzrost partycypacji społecznej na gruncie publicznym. Ale to już pozostawię do oceny Czytelnikom.

Jeśli kogoś szczególnie interesują historie opisujące przemiany systemowo-mentalne w Polsce po ’89 r., to zyskał właśnie powód, aby dopisać „Anty-bezradnika” do swojej listy lektur obowiązkowych. Przede wszystkim znajdzie tu uwagi odnoszące się do sytuacji, jaka zaistniała pomiędzy 1998 a 2003 r., kiedy to grupy biznesowe zaczęły zagarniać przestrzeń publiczną. Co naturalne, wszyscy ci deweloperzy byli wspierani przez władze: Biznes, wspierany przez władze, traktował ją [przestrzeń – przyp. autora] w dużej mierze rabunkowo. Tym bardziej, że polskie prawo rządzące gospodarką przestrzenną (...) zostało właśnie w tym okresie pod taką swobodną komercjalizację skrojone (str. 73).

Poddając krytyce działania urzędników miejskich, zarzucając im wycofywanie się z odpowiedzialności za miasto, przyzwalanie na samowolkę „inwestorów”, autorzy nie zapominają również odnieść się w kilku krytycznych zdaniach do teorii wolnorynkowej i jej specyficznej miejskiej odmiany. Ale choć dostrzegają, iż w warunkach kapitalistycznych równouprawnienie jest ułudą, bo o wszystkim i tak decyduje siła pieniądza, to jednak podkreślają, że miejskie stosunki wolnorynkowe nie generują problemów w sposób decydujący, a wszystko, co dzieje się w mieście odbywa się pod dyktando głównego winowajcy, a więc władzy: Idea wolnego rynku zakłada, że (potencjalnie) nieograniczona liczba graczy na rynku ma do niego równy dostęp. Grę wygrywa ten, kto oferuje najlepszy produkt. W przypadku miasta mamy do czynienia z dobrem, które jest unikalne (nie ma dwóch takich samych działek), a w dodatku silna instytucja publiczna, czyli gmina, ma na ową przestrzeń monopol. Miasto i przestrzeń to ograniczony zasób, a monopolista, który nią zarządza, może za pomocą instrumentów politycznych (takich jak uchwalanie bądź nie, miejscowego planu, wydawanie pozwoleń na budowę) wpływać w znaczący sposób na wartość ekonomiczną tego dobra (str. 77).

To bardzo ważne spostrzeżenie, które uświadamia nam, że siłą sprawczą wszelkich przemian nie jest ów mityczny sloganowy kapitalizm, ale władza urzędnicza, której uprzywilejowana pozycja pozwala ustalać warunki gry. Fakt, iż warunki, jakie tworzy ustrój kapitalistyczny najlepiej odpowiadają mentalności władzy, która stanowieniem prawa zapewnia sobie i swoim sojusznikom pozycję uprzywilejowaną, nie może być przyczynkiem do obarczania odpowiedzialnością abstrakcyjnych idei, ale powinno raczej skłaniać do poszukiwań regulatorów życia w instytucji władzy, jak zauważają autorzy „Anty-bezradnika”.

Uwagi w podobnym tonie dotyczą braku uregulowań neutralizujących spekulację nieruchomościami: To, że takich narzędzi prawno-instytucjonalnych nie ma, to jest właśnie wynik polityki, decyzji ustawodawczych, nie zaś działania mitycznego wolnego rynku (str. 81). I jeszcze raz o przypisanym do instytucji władzy działaniu na rzecz interesów grup posiadających: To bowiem inwestorzy, przede wszystkim wielcy inwestorzy, uosabiają moc sprawczą [w mniemaniu władzy – przyp. autora], od której zależy rozwój i przyszłość miasta. I to właśnie o ich interesy i ich dobro, zamiast o interesy i dobro mieszkańców, coraz mocniej zaczęły dbać władze publiczne (str. 78).

Krótko mówiąc, to państwo i jego instytucje ustala poprzez przepisy „co”, „gdzie” i na jakich zasadach, a ustrój kapitalistyczny jest tylko produktem wtórnym albo tylko dodatkiem do prawa, tworzonego przez głównego regulatora, czyli państwo. To ono dyktuje warunki, a nie żadne sloganowe „izmy”.

I to w zasadzie byłoby najważniejsze przesłanie części pierwszej książki. A co wartego uwagi, mogącego nas skłonić do głębszych przemyśleń, znajdziemy w części drugiej, niosącej tytuł: „Naprawić miasto”? To, co jesteśmy chociażby sami w stanie zaobserwować w swoich miejscowościach – miasta dzielą się na biedne, ignorowane przez władze centrum i snobistyczne przedmieścia-obrzeża z kapitałem deweloperskim.

Interesująco jawią się również uwagi w rodzaju, iż to mieszkańcy miast są tymi, którym najbardziej zależy na rozwoju miasta, bo percepcja władz ogranicza się do kadencji, a biznesu do zysku. Nasuwa się więc myśl: może niech sami mieszkańcy decydują o swoich miastach, skoro patrzą w przyszłość i nie skupiają się tylko na zagadnieniach doczesnych i partykularnych?

W ten oto sposób odkryliśmy główne przesłanie tej cennej dla każdego miejskiego aktywisty książki. Brzmi ono: To władza ostatecznie kształtuje otaczającą nas przestrzeń, dotykając swoimi rozporządzeniami każdego z nas, co często dokonuje się z pominięciem interesu publicznego. Ale to ludzie, jako gospodarze danego terenu powinni decydować o swoim najbliższym otoczeniu, gdyż sami najlepiej wiedzą, co będzie tym najlepszym i optymalnym rozwiązaniem. Są tylko dwa warunki do spełnienia tej wizji – społeczeństwo musi być aktywne i działać demokratycznie, gdyż bez tego nie będzie nawet w sposób merytoryczny przygotowane do podejmowania jakichkolwiek decyzji.

Dlatego potrzeba nam więcej zaangażowania, zainteresowania swoją lokalną przestrzenią miejską, a także odpowiedniego zakresu wiedzy, potrzebnej do podejmowania kompetentnych i przyszłościowych decyzji.

O zaangażowanie musimy już postarać się sami, a lukę w wiedzy polecam wypełniać pozycjami w rodzaju „Anty-bezradnika przestrzennego – prawa do miasta w działaniu”, które w wydatnym stopniu wyręczą nas w poszukiwaniu niezbędnych informacji, przynajmniej na tym początkowym teoretycznym etapie.

Tak się buduje świadomość aktywnego obywatela miasta, których mam taką nadzieję, będzie nam stale przybywać, a wzrost ich liczby będzie rósł proporcjonalnie do stopniowego pomniejszania władzy urzędników. Dlatego jeszcze raz: „Anty-bezradnik” jest naprawdę cenną pozycją.

►Wiktor Biskupiec


 
 
Maj 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych