2017-02-03

Świat pod kluczem (fragment)


Odseparujmy się od świata. Powstawiajmy wszędzie bramy, najlepiej od razu pod napięciem i z wieżyczkami strażniczymi. Choć to akurat po części już jest realizowane, vide budki ze stróżami.

Albo jeszcze lepiej – obok systemu kamer, który również jest już wprowadzany na masową skalę, nawet tam, gdzie nie istnieje żadne racjonalne uzasadnienie takiego marnotrawstwa publicznych pieniędzy, a więc obok inwigilującego nas monitoringu, wprowadźmy system identyfikacji mieszkańców danej dzielnicy za pomocą jakiegoś nowego dowodu tożsamości. Dla osób spoza dzielnicy od razu sąd, ewentualnie wpisowe za wjazd na „nie swoją” dzielnie. „W końcu nikt go tu nie zna. A jak to jakiś bandyta?” – zdają się rozumować zwolennicy ograniczeń, wierzący w bezpieczeństwo i ochronę swojego mienia w świecie murów, kamer, bram i innych wynalazków kontroli społecznej.

Szlag. W pierwszym lepszym napotkanym na ulicy człowieku widzą potencjalnego złoczyńcę, a w ograniczającym ich wolność i rabującym ich z pieniędzy rzeczywiście bandyckim państwie dostrzegają swojego obrońcę. Co za paradoks! Taki syndrom sztokholmski na masową skalę, do którego mam nadzieję nawiązać jeszcze w innym miejscu, ale już w kolejnym numerze Społecznościowca.

No więc mamy te bramy, bo to ich chciałbym się teraz uczepić. Kiedyś zrobiliśmy sobie taką akcję w pięknym mieście Lublinie. Jedno z jej sloganowych haseł brzmiało: „Bramy i ogrodzenia – namiastka więzienia”. Poszły naklejki, wydrukowano stosowną ilość broszurek, a nawet przychylna nam wówczas „Lubelska Gazeta” puściła nasz przedruk w tej sprawie, choć nie odnoszący się bezpośrednio do opisywanego poniżej przypadku. Broszurka, kierowana do mieszkańców pewnego bloku, których chyba na siłę próbowano przekonać o konieczności założenia bramy wokół dość dużego terenu (namawiała milicja i miejscowa spółdzielnia), odniosła raczej pozytywny skutek – bramy nie postawiono. Choć trzeba przyznać, że część mieszkańców ta brama na pewno by ucieszyła. Nie mieli oni jednak chyba w sobie na tyle determinacji, żeby się o nią głośniej ubiegać.

„Przecież nie byłoby tej hołoty pod blokiem” – krzyczeli na łamach lokalnej gazety strażnicy pojętego na swój sposób porządku. To nic, że ta „hołota” była właśnie spod tego bloku, więc i tak pozostałaby na miejscu. To nic, że w pysk można równie dobrze dostać po wyjściu za bramę, choć zwolennicy jej postawienia w tym miejscu nie narzekali na spadek bezpieczeństwa, a „nieprzyjemnie głośne sąsiedztwo”. Dlatego na wstępie tego felietonu parodiowałem bezrefleksyjnych sympatyków wprowadzania jak największej liczby ograniczeń. Bo idąc ich tokiem rozumowania, to bramami należałoby zasiać każdy metr naszych miast. Skoro bramy to bezpieczeństwo, to brak takowej równa się brakowi bezpieczeństwa poza jej obrębem. Dlatego, aby osiągnąć stan pełnego bezpieczeństwa i zadowolenia, jedynym logicznym wyjściem byłoby „odseparowanie się od świata, powstawianie wszędzie bram, najlepiej od razu pod napięciem...”.

Uświadommy sobie jeszcze, kogo tutaj nazwano „hołotą”, demonizując pewną grupę ludzi zgodnie z poglądami mieszkańców sławetnego bloku. Chodziło głównie o tamtejszą młodzież, która przebywała tam na jakichś pozostałościach po placu, służącym kiedyś chyba do zabawy, którego lata świetności przypadały na moje oko na lata 70. ubiegłego wieku.

Tak więc, co poniektórym (jakimś gnusiom, spółdzielni i milicji) przeszkadzali (być może dalej przeszkadzają) młodzi, którzy tam przesiadują bądź kopią gałę, jak w przypadku tych młodszych. Wiadomo, biedna milicja musi tam przyjeżdżać, bo jakiś filmowiec-firankowiec chwyta za telefon, gdy tylko dochodzą go przez okno śmiech i krzyki młodzieży, zapewne zagrażające jego zdrowiu i bezpieczeństwu. A biedna spółdzielnia? Ta ma zapewne swoje własne powody, których można się tylko domyślać. Dajmy na to: są bramy, więc trzeba na to kasy od mieszkańców – założymy i jeszcze na tym zarobimy. Postawienie bramy i pogrywanie na iluzorycznym wzroście bezpieczeństwa w okolicy może podnieść wartość rynkową tamtejszych mieszkań, a to może oznaczać większe wpływy z czynszów. Po co więc remontować ten plac zabaw, żeby szczególnie te młodsze dzieciaki miały gdzie spędzić bezpiecznie czas? Po co organizować tamtejszym młodym zajęcia i rozrywkę, na przykład w pomieszczeniach blokowych i spółdzielczych, jak można ich odgrodzić (zamknąć), tudzież nasłać na nich milicję? (...)

M.

Fragment felietonu z numeru 1/2014 Społecznościowca.



 
 
Listopad 2017
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych