2015-12-16

Strasznie być dzisiaj dzieckiem, czyli o chorej ambicji rodziców


Okres dzieciństwa dla wszystkich nas jest jednym z najpiękniejszych w życiu. Zaryzykuję twierdzenie, że jest czasem, do którego wszyscy chcieliby wrócić, by choć na chwilę znów poczuć tę beztroskę i radość z drobnostek.

Stan obecny

Pokolenie lat 80., wychowywane w latach 90., co prawda nie miało do dyspozycji wszystkich tych nowinek technicznych, począwszy od laptopów, przez smartfony, na jakichś tabletach kończąc, jednak myślę, że dzieciństwo w tych czasach było o wiele bardziej ciekawsze i pozwalało na realizację swoich fantazji bez konieczności posiadania jakichś dóbr materialnych. Wystarczała wyobraźnia, zgrana paczka dzieciaków i zabawa była gwarantowana.

Mama zawieszała klucz na szyi, dzieciak leciał pod blok lub na ulicę i cały dzień było coś do roboty. A zabawy było więcej niż dzisiaj oferują nam konsole do gry i inne wypasione sprzęto-gierki. Dzieci wysilały szare komórki do wymyślania coraz to nowych zabaw, ale co chyba najistotniejsze – uczyły się od małego funkcjonowania w społeczeństwie (nie tylko rówieśników, ale także dorosłych sąsiadów, wchodząc z nimi w interakcje, szczególnie gdy się coś nabroiło).      

Jak to wygląda dzisiaj? Od najmłodszych lat dziecko nastawione jest przez rodziców na to, by zdobyć wykształcenie, a co za tym idzie – mieć w przyszłości super płatną pracę. I o ile w solidnej edukacji pociech nie ma nic złego, to już sposób, w jaki tego się dokonuje, jest rażący.

Obecnie, jak trafnie ocenił to profesor Krzysztof Rybiński powstał nowoczesny model rodziny. Mama, a czasami tata, załatwia wszystko za syna lub córkę. Biega do nauczycieli i wykłóca się o stopnie. Wszędzie wozi samochodem. Odrabia z dzieckiem lekcje, a czasami za dziecko. Jak jest konkurs na najpiękniejszą dynię z okazji tradycyjnego polskiego święta Halloween, to oczywiście mama robi superdynię, żeby dziecko wygrało[1]. Rodzice są w stanie przenieść dziecko w ostatniej klasie gimnazjum do nowej, słabszej szkoły, tylko po to, by dziecko miało lepsze oceny na końcowym świadectwie. Również nagminnym jest fakt załatwiania dzieciom zaświadczeń o dysleksji, aby pociecha miała 30 minut więcej na napisanie egzaminów[2].

Rodzice są zatem zafiksowani na doskonałe wykształcenie dzieci, które muszą zdobyć wykształcenie za wszelką cenę, czy dziecko ma ku temu predyspozycje, czy nie. Swoje pociechy traktują zatem jak worek, do którego włożyć można wszystko, byle tylko miał w swoim wnętrzu wszystko, co może się przydać w przyszłości.

Dzieci po prostu uginają się od natłoku obowiązków. Oprócz zajęć szkolnych, przecież każdy maluch uczęszcza na dodatkowe języki, a do tego dochodzą: tańce, zajęcia muzyczne, plastyczne, techniczne, informatyczne, karate, judo itp., itd. I to również nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że te wszystkie zajęcia są dziedzinami, na które zmuszone jest uczęszczać 7-,8- czy 9-letnie dziecko.

Tak dokładnie, jest to autentyczny przykład chorej ambicji rodziców, których dziecko musi być wszechstronnie wykształcone.  Dziecko w szkole podstawowej uczęszcza na aż tak dużą liczbę zajęć dodatkowych, przesytu których nie zniósłby niejeden dorosły. Wbrew pozorom rodzice nie chcą w ten sposób wyszukać dziedziny, w której dzieciak jest najlepszy. Chcą po prostu wypełnić mu czas, by nie trwoniło go „bezczynnie” na „głupie” zabawy.

Umęczone kilkulatki nie mają podczas natłoku obowiązków czasu nawet na spokojne zjedzenie obiadu. Jak słyszę od swojej koleżanki, która pracuje w świetlicy szkolnej, często jest świadkiem pochłaniania obiadu przez dzieci w ciągu 10-minutowej przerwy między faktycznymi lekcjami a zajęciami dodatkowymi, co odbywa się przy narzekaniu ze strony jej podopiecznych na konieczność uczęszczania na zajęcia dodatkowe.

Powszechne stało się, że dzieci kończą naukę po godzinach 17 czy 18, a dodam – zaczynają rano. Przecież te dzieci pracują ciężej niż niejeden dorosły! Rodzice uzasadniają swoje wybory tym, iż przecież dziecko na sambie, rumbie i cza-czy się wyszaleje i wyskacze, przez co wypocznie mając zorganizowany czas, a nie będzie włóczyć się bez celu.

Tylko rodzic nie pomyśli, że codzienne, tak ciężkie obowiązki stają się niezwykle męczące dla ich pociech i mogą przynieść odwrotne od zamierzonych skutki. Dzieci zaczynają nienawidzić swoich obowiązków, ponieważ czują przesyt. A rodzicom pasowałoby uświadomić, jeśli nie znają psychiki dziecięcej, że dziecko najlepiej odpoczywa podczas spontanicznej zabawy, a nie  pod presją narzuconych rygorów przy zajęciach, na których trzeba wykonywać nużące,jednostajne zadania.

Jak takie dzieciństwo ma być przyjemne i miło wspominane po latach? Jak z takiego młodego człowieka, z którego nadmiar obowiązków wykreować może co najwyżej robota lub osobę egoistyczną i skupioną tylko na swoim celu, ma wyrosnąć mądry i świadomy człowiek, członek danej wspólnoty społecznej?

Potem spotykamy się z takimi młodzikami w pracy, którzy kontaktują się ze swoim najbliższym otoczeniem, załatwiając wszystkie sprawy poprzez sms-y lub maile. I to nawet wtedy, gdy kontaktują się z osobą siedzącą obok, na wyciągnięcie ręki, zamiast na przykład zwrócić się do niej wprost, powiedzieć słowo do współpracownika. Taki sposób komunikacji szczególnie rozpowszechniony jest w korporacjach. Wszak łatwiej napisać, niż nawiązać kontakt twarzą w twarz.

Cóż się jednak dziwić, skoro dzieciak całe życie spędzał na zajęciach dodatkowych, często indywidualnych, gdzie albo nie było czasu, albo okazji porozmawiać z kimkolwiek i wejść w interakcję słowną, a nie jedynie elektroniczną.

Przyczyny

Z jednej strony można uznać, że system zmusza rodziców do takiego „wychowywania” swoich pociech. Wszak dorośli muszą pracować i rzadko która rodzina mogłaby pozwolić sobie na przebywanie w domu z dzieckiem. Jednak często rodzice zapisując dziecko na wszelkiego rodzaju zajęcia, idą w ten sposób na łatwiznę, gdyż wygodniej im spokojnie po pracy wrócić do domu, by po odpoczynku udać się przed wieczorem po dziecko wiedząc, że dotąd jest pod opieką pani w szkole.

Przy okazji, nikt nie pomyśli o tej pani, która siedząc na świetlicy od rana do wieczora, sama nie może liczyć na kontakt ze swoim dzieckiem lub nawet założenie własnej rodziny, gdyż ciągle zajmuje się innymi dziećmi. Przejawia się tu egoistyczne myślenie rodziców, którzy chcą „odpocząć” od swoich „męczących” dzieci i wolą zrzucić problem opieki nad nim na karb osób trzecich.

W tym miejscu warto zatem wspomnieć o wyrodnych rodzicach, którzy bardzo często traktują swoje dzieci jak niechciany obowiązek. Dla takich osób tworzone są przedszkola lub szkoły, do których oddają dzieci na cały tydzień, odbierając jedynie na sobotę i niedzielę (jeśli coś nie wypadnie ważniejszego niż własne dziecko). Do tego typu placówek – jak dla mnie powinno się nazywać je wprost domami dziecka – zapisywane są dzieci z tzw. dobrych domów, w których rodzice piastują wysokie stanowiska i robią kariery kosztem własnych latorośli. Choć o tych „szkołach” w naszym kraju szerzej się nie mówi i nie jest to jeszcze aż tak popularny model edukacji, to faktem jest, że powstają one w dużych miastach, częściej na ich obrzeżach. Dla niektórych ich istnienie może być szokiem, dla mnie również, wszak większość z nas nie byłaby w stanie tego typu praktyk stosować nawet wobec psa czy kota, nie mówiąc już o własnym dziecku. Niektórzy jednak jak widać cenią wyżej karierę, pieniądze i co tu ukrywać, święty spokój (przecież dziecko trzeba nakarmić, pomóc w lekcjach, umyć, przebrać – a to może zrobić pani w takiej tygodniowej szkole), niż zapewnienie własnemu dziecku miłości i szczęśliwego domu, który powinien być azylem, a nie miejscem, które odwiedza się od święta. Tego typu życie może się sprawdzić na studiach, a nie wtedy, gdy dziecko poznaje świat, potrzebuje miłości i bezpieczeństwa, które najlepiej przekaże rodzic.

Co może kryć się za opisanymi wyżej zachowaniami rodziców, dążącymi do zamęczenia dzieci? Zapewne odpowiedzi jest wiele, jednak warto spróbować przedstawić kilka z nich. Otóż domyślam się, iż główną przyczyną są pieniądze. Za tym kryje się wiele, bowiem zapewne przypadki są różne. I tak, jeden z rodziców po prostu boi się stracić pracę i całą dobę poświęca na obowiązki zawodowe. Drugi chce się dorobić więcej, bo to co ma jest niewystarczające na comiesięczne wypady do Kenii lub na Majorkę. Trzeci natomiast po prostu woli posiedzieć sobie w spokoju przed blokiem z sąsiadami. Wszystkie te przypadki są różne, jednak w każdym z nich dzieci są tylko zbędnym balastem, którego trzeba się pozbyć albo na cały tydzień (majętni rodzice), albo na większość dnia (wersja tańsza, dla rodziców klasy średniej i ubogiej). Dla wielu zapisanie dziecka na multum zajęć spowoduje, iż zmęczone dziecko po powrocie do domu pójdzie szybko spać, a co za tym idzie, rodzice będą mieli spokojny wieczór.

Kolejną przyczyną zamęczania dzieci poprzez natłok zajęć jest chora ambicja rodziców, którzy swe niespełnione marzenia chcą zrealizować rękami swych dzieci. Często także pojawia się tutaj chęć rywalizacji lub pochwalenia się osiągnięciami pociech wśród znajomych czy rodziny. Uwidacznia się tutaj to, iż konsumpcyjny i materialistyczny styl życia wymusza rywalizację „na wykształcenie”.

Najbardziej istotną przyczyną jest fakt, iż wszyscy ci rodzice tak naprawdę nie nadają się, by sprawować tę funkcję. W wielu takich przypadkach posiadanie dziecka było psychologicznie wymuszonym społecznie przymusem lub smutnym obowiązkiem, gdyż w pewnym wieku wypada mieć potomka. Szkoda tylko, że osoby te nie przemyślały swych decyzji, skazując dzieci na taki los.

Konkluzje

Roztropny rodzic, decydując się na posłanie dziecka na dodatkowe zajęcia, powinien wybrać dziedzinę, w której pociecha sprawdza się oraz dobrze czuje, przez co będzie dokonywać się kształcenie tego dziecka we właściwym, czyli rozwijającym jego naturalne umiejętności, kierunku. 

Obecnie spotykamy się z sytuacjami, gdy rodzice, mówiąc dosadnie, „zawalają” swoje dzieci obowiązkami, bardzo często wbrew ich zainteresowaniom, na siłę kierując je w stronę dziedzin, które sami sobie wcześniej upatrzyli. Kto chciał być kiedyś lekarzem, ale mu nie wyszło, chce za wszelką cenę na medycynę wypchnąć potomka. Komu śniło się budowanie mostów, wytyczanie linii kolejowych, projektowanie wielkich dzielnic mieszkaniowych, żąda od własnych dzieci, aby zasiliły szeregi studentów politechniki. Kto marzył, by być piłkarzem, da się pociąć, by mieć w domu małego mistrza futbolu (...). Rodzice za punkt honoru najczęściej stawiają sobie wykształcenie synów i córek w taki sposób, aby wykonywały następujące zawody: lekarz, prawnik, inżynier albo nauczyciel – ustalił to niedawno Instytut Badań Edukacyjnych[3].

Reasumując. Kształćmy dzieci rozsądnie, bo taki stan rzeczy to dla młodego pokolenia antyteza dzieciństwa i ucieleśnienie piekła. Dzieci, oprócz stosownej edukacji, powinny mieć również zapewniony czas na beztroskę, swobodny kontakt z rówieśnikami, który zapewnia socjalizowanie postaw ludzkich podług naturalnych procesów rozwojowych, a nie sztucznie kreowanych relacji, na wzór rozkazujący-poddany, czego naucza głównie szkoła, a uwidaczniają stosunki pracy w życiu dorosłym (przykład korporacyjny jest tutaj znamienny).

Oczywiście, proszę nie zrozumieć mnie źle. Szkoła, czy też jakiekolwiek inne miejsce, bo może być to na przykład nauczanie domowe, w którym młode osoby słuchają nauczycieli, autorytetów ze względu na posiadany stan wiedzy, jest potrzebna młodym niedoświadczonym osobom do lepszego poznania świata. Ale nie możemy zapominać, że młody człowiek w końcu będzie musiał obejść się bez swoich nauczycieli, i że oprócz rygorów szkoły, wprowadzanych również na zajęciach dodatkowych, powinna istnieć przestrzeń, gdzie dzieci będą kształtować swoją dorosłą niezależność, a także naturalne społeczne zachowania, podziały i relacje między sobą, które będą ich przystosowywały do życia we wspólnocie.

Chodzi więc o położenie tamy tym wzorcom, które opierają się na systemie zależności, wręcz niewolnictwa i poddaństwa (czego wyucza rygor zajęciowy), jak i wprowadzają w stan samolubstwa, skrajnego indywidualizmu i zobojętnienia na drugiego człowieka, cech nabywanych w warunkach rywalizacji na rynku pracy, podgrzewanych przez samych rodziców na wczesnym etapie dorastania.

Wychowywanie powinno polegać na przystosowywaniu do życia w społeczeństwie, ale też wyuczaniu kreatywności i podążaniu za własnymi pasjami, gdyż tylko w oparciu o kreatywne jednostki dane społeczeństwo może się rozwijać. Dlatego model wychowawczy, oprócz wiedzy i rozwijaniu jej, nie tyle poprzez rygor szkolny a zainteresowania własne dziecka na zajęciach dodatkowych, powinien uwzględniać czas na budowanie relacji z rówieśnikami i umacnianie więzi rodzinnych. Tylko dzięki temu można stworzyć warunki pod rozwój osoby, która w swoim dorosłym życiu będzie w stanie wdrożyć w swoim najbliższym otoczeniu równość w relacjach interpersonalnych, opartych na dobrowolnej współpracy i porozumieniu, ale też posiadaniu własnego zdania, bez tej wyuczonej na wczesnym etapie dzieciństwa potrzeby podążania za masą i odgórnie narzucanymi poleceniami. Paradoks polega na tym, że te masy podpowiadają: myśl tylko o sobie. Czyli z myślenia stadnego wynika myślenie w kategoriach skrajnie egoistycznych.

Obecnie dzieci, a potem przyszli dorośli obywatele, poddawane są zwyczajnej tresurze, najpierw w szkołach, a potem na zajęciach dodatkowych. Otrzymujemy wyalienowany społecznie produkt nieczułej korporacyjnej maszyny, odhumanizowany już na wczesnym etapie swojego życia i wyuczony w egoistycznych sposobach bycia. Czy aby na pewno tego chcemy – wyścigu szczurów, świata ludzi-maszyn, chłodnych, wyalienowanych, dla których liczy się tylko zysk materialny? Trafnie ocenia to zjawisko Jarosław Klejnocki: „zamiast wszechstronnie wykształconych ludzi, którzy będą się potrafili znaleźć w każdej sytuacji, wychowa się maszyny ludzkie. Bo jeśli czas, a także siły witalne zużyją w tych wszystkich ćwiczeniach, które im rodzice zadają, nie będą mieli już sił na wewnętrzny rozwój. Większa część tych młodych ludzi odnajdzie się potem w dorosłym życiu, będą sprawnymi pracownikami korporacji, ale pozostaje pytanie o takie błahostki, jak samorealizacja czy szczęście[4].

Nie można także wykluczyć, że rodzice czasem mają dobre intencje podczas ustalania grafiku swym latoroślom. Zajęcia spowodują, że dziecko poszerzy swoje horyzonty, a dodatkowo nie straci czasu na usychanie przed monitorem komputera. Trzeba też dopuścić myśl, że środowisko rówieśników może okazać się przecież zgubne, więc rodzic postrzega swe działanie jako pożądane i słuszne. Dodatkowo umiejętności, które dziecko zdobędzie podczas zajęć, mogą dać lepszy start w pracy.

Gdzieś jednak w tym pędzie zapominamy, że dzieciństwo to czas beztroski i takim powinno pozostać, gdyż dorosłe życie jest inne i każdy z nas musi mieć taką możliwość, by wspominać dziecięcy czas. Tak więc na zabawy dzieci pod blokiem patrzmy już nie przez pryzmat straty czasu, ale jako pewną konieczność na drodze do prawidłowego rozwoju dorosłego człowieka. 

F.N.

Społecznościowiec nr 1 / 2014


[1] http://www.ekonomia.rp.pl/artykul/705506,1097756-Nowoczesny-model-rodziny.html (Dostępność: 20.04.2014 r.)

² Tamże.

[3]   M. Hadaj, Pozwól dziecku rozbić nos, „Dziennik Gazeta Prawna”, nr 124 (3514) z 28.06.2013 r.

[4]    Z Jarosławem Klejnockim rozmawia Mira Suchodolska, Zmęczone dzieci i ich ambitni rodzice, „Dziennik Gazeta Prawna”, nr 169 (3307) z 31.08.2012 r.



 
 
Maj 2017
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych