2015-05-25

Porozmawiajmy o imigracji na przykładzie brytyjskim


Skuteczność polityki państwa, a dokładnie Camerona, w pigułce: liczba imigrantów w Wielkiej Brytanii osiągnęła najwyższy poziom od 2005 r., jak podaje brytyjski urząd statystyczny. Cameron już od dłuższego czasu obiecywał (oczywiście tylko po to, żeby zyskać „popularność w sondażach”), że zahamuje imigrację do 100 tys. rocznie. Tymczasem w 2014 r. wyniosła ona 318 tys. osób, czyli najwięcej od 2005 roku. To chyba dobre wprowadzenie do artykułu o politykierskich manipulacjach i imigracji, który ukazał się w numerze 1 Społecznościowca.


Wielka Brytania jest dla nas dobrym miernikiem tego, co określamy mianem masowej imigracji. Odległość geograficzna pomiędzy Polską a Wielką Brytanią jest niewielka, co na pewno sprzyja takim analizom, ale co najistotniejsze – poprzez masowy exodus Polaków za chlebem na Wyspy, jako społeczeństwo i naród jesteśmy w stanie dostrzec pewne procesy naocznie. Nie wspominając już o tym, że w niektórych z nich bierzemy czynny udział. Czy ze szkodą dla samych Brytyjczyków? Badając nastroje w brytyjskim społeczeństwie – nie zawsze jest to wpływ pozytywny.

Imigracja imigracji nierówna

Wyjaśnijmy jednak na wstępie jedną zasadniczą kwestię. Jeśli mowa o imigracji w Wielkiej Brytanii, należy mieć tę świadomość, że imigracja imigracji nierówna. Dlatego można ją interpretować na dwóch płaszczyznach – imigracji z krajów europejskich i imigracji pozaeuropejskiej, czyli spoza Starego Kontynentu. Okazuje się, że ta druga, mając na uwadze zarówno względy kulturowe, jak i ekonomiczne jest zjawiskiem negatywnym, albowiem nie przyniosła ze sobą tego, czego wielu jej zwolenników chciało się spodziewać – asymilacji i dodatniego bilansu gospodarczego. Tej nie sprzyjał ani fakt, że imigranci spoza Europy w pewnym stopniu negatywnie odnoszą się do zwyczajów europejskich (co jest widoczne szczególnie u imigrantów islamskich), zamykając się w swoich etniczno-religijnych enklawach, ani nie sprzyjał jej niski stopień wykwalifikowania zawodowego przybyszów.  

Tę różnicę dostrzegają, przynajmniej w niektórych kręgach, sami Brytyjczycy. Potwierdził to chociażby swoimi opiniami na temat imigracji z Polski były doradca Margaret Thatcher i przewodniczący Partii Konserwatywnej Norman Tebbit. Wskazując, że Wielka Brytania w rzeczywistości posiada problem z przyjezdnymi spoza Europy, czyli z innego kręgu kulturowego, o imigracji wewnątrzeuropejskiej nadmienił:Nie mamy większych problemów z Polakami, Czechami czy Słowakami–powiedział w wywiadzie dla telewizji SKY – dodając: Muszę nawet często ludziom przypominać, że w 1940 roku byliśmy bardzo zadowoleni z obecności polskich imigrantów, bez których przegralibyśmy Bitwę o Anglię i całą wojnę. Z kolei o imigracji pozaeuropejskiej Norman Tebbit nadmienił: To są ludzie, którzy opuścili swój kraj, przyjechali tutaj i próbują odtworzyć go w naszym kraju. Budujemy nie tyle społeczeństwo wielorasowe czy wielokulturowe, ile osobne społeczeństwa, które nie mają ze sobą wiele wspólnego[1]

Nawet jeśli przyjąć, że uwagi pana Tebbita obliczone są na zyskanie poklasku u negatywnie ustosunkowanych do imigracji Brytyjczyków, potencjalnych wyborców, to nie zmienia to faktu, że sama chęć wyrażenia ich przez zainteresowanego potwierdza ich funkcjonowanie w świadomości Brytyjczyków. Na razie może jeszcze niezbyt dużej świadomości, ale to się może wkrótce zmienić, jeśli do coraz większej grupy ludzi zaczną docierać badania, o których zaraz będzie mowa.

Powyższe uwagi potwierdził również w rozmowie z dziennikarką Polsat News dyrektor Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej Michał Dembiński. W południowym serwisie informacyjnym 9 stycznia br., pytany o kwestie związane z imigracją, a także z dość krytyczne wypowiedzi premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona pod adresem polskich imigrantów, zapewne ku zdziwieniu samej dziennikarki, powiedział wprost, że postępowanie takie jest efektem kampanii wyborczej.

W bezpośrednio interesującej nas sprawie, pan Michał Dembińskidodał, że imigracja z Europy i spoza niej nie są sobie tożsame, a Polaków jest z pewnością łatwiej atakować niż przedstawicieli innych ras, gdyż zwracając większą uwagę na imigrację na przykład z takich krajów jak Pakistan czy Bangladesz, można się narazić na ataki lewicy i posądzenia o rasizm.   

Z ust dyrektora Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowejpadły również słowa o bardziej kosztownej pod względem ekonomicznym imigracji spoza Europy, niż tej z krajów Unii Europejskiej, ale o tym nadmienimy jeszcze w dalszej części tego artykułu.

Na różnice w rodzajach imigracji, nie bezpośrednio i niejako ostrożnie, wskazał również sam premier David Cameron. Podczas swojego otwartego wystąpienia, w którym podkreślił konieczność zachęcania rodowitych Brytyjczyków do podejmowania pracy, podkreślając pracowitość imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej, Cameron nadmienił: Nic więc dziwnego, że jeżdżąc dziś po kraju, odwiedzasz fabryki, w której połowa pracowników pochodzi z Polski, Litwy czy Łotwy. Wszyscy ci imigranci ciężko pracują. Przyjeżdżają do nas, szukają pracy i ją dostają.

Asumptem do formułowana tego typu wniosków były dla Camerona wyniki najnowszych badań z rynku pracy, z których wynikało, że około 15 proc. wszystkich pracujących dorosłych w Wielkiej Brytanii to imigranci, co również oznaczało, że duży odsetek fabryk zatrudnia ponad połowę osób spoza Wielkiej Brytanii.

Jeśli więc Cameron i jego ekipa zaczęła dostrzegać różnice w imigracji, dlaczego to imigracja z takich krajów jak Polska zaczęła ostatnio dominować w antyimigracyjnej retoryce brytyjskiego rządu? Przecież Cameron powinien raczej skupić się na imigracji spoza UE – zgodnie z faktami, które tu zaraz przytoczymy – tej bardziej kosztownej dla brytyjskiego podatnika. Odpowiedź jest chyba prostsza niż się wydaje, a zasugerował ją przytaczany tu wcześniej dyrektor Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej– pragmatyka wyborcza plus polityczna poprawność skłaniają bardziej do atakowania imigracji środkowoeuropejskiej, aniżeli społeczności wywodzących się z tzw. mniejszości rasowych. I to nawet pomimo tego, że nie ma ku temu mocnych racjonalnych przesłanek.  

Tymczasem niezależne badania potwierdzają smutną rzeczywistość – obciążeniem dla brytyjskiego podatnika są imigranci spoza Unii Europejskiej, ci nisko wykwalifikowani, którzy często ubiegają się o azyl i są uchodźcami. To wnioski z raportu brytyjskiego Home Office, który został sporządzony na podstawie ankiet, jakie przeprowadzono w ubiegłym roku wśród lokalnych społeczności.

Rodowici Brytyjczycy, którzy często stykają się z nowymi imigrantami, wskazali w swoich ankietach na związany z ich przybyciem problem przeludnienia, napięć społecznych oraz utrudnień w dostępie do lekarza. Raport Home Office mówi również o tym, że w powszechnej opinii rodowitych Brytyjczyków, to właśnie imigranci ubiegający się o azyl są największym obciążeniem dla publicznej służby zdrowia – często leczą się na depresję, gruźlicę, HIV oraz żółtaczkę. Gdy leczą się nie tylko sami, ale także z całą liczną rodziną, są dużym obciążeniem dla władz lokalnych i całej służby zdrowia.

To wszystko sprawia, że koszty leczenia stają się trudne do udźwignięcia dla lokalnych władz. Imigranci mają przecież również dzieci, co powoduje nowe potrzeby w sferze zapewnienia opieki położniczej, macierzyńskiej i leczenia chorób dziecięcych[2]– powiedział minister stanu ds. imigracji Mark Harper. Czyli kolejna wysoko postawiona w hierarchii państwowej osoba dostrzega różnice w imigracji, ale nie przeszkadza jej to zrównywać imigracji z Polski z imigracją pozaeuropejskich uchodźców. Antyimigracyjne przepisy w Wielkiej Brytanii nie rozróżniają imigracji wewnątrzeuropejskiej i tej spoza Europy. Czy w związku z tym, mogą być w ogóle skuteczne?  

Ciekawych opracować naukowych na temat różnic w pojmowaniu imigracji dostarczyli ostatnio pracownicy z University College London. Cóż takiego wykazali? Otóż obliczyli, że imigranci, którzy przybyli do Wielkiej Brytanii z innych krajów europejskich, czyli po prostu Europejczycy, wnieśli do systemu podatkowego więcej, niż z niego otrzymali. Z kolei w przypadku przyjezdnych spoza Europy, analiza 16 lat tej konkretnej imigracji wykazała, że naraziła ona budżet brytyjski na straty rzędu 100 mld funtów[3].     

Badany był przedział czasowy od 1996 do 2011 roku. Dzieląc imigrację na wewnątrzeuropejską i pozaeuropejską, wzięto pod uwagę wydatki na zasiłki, służbę zdrowia i edukację. Z danych wynika, że imigranci spoza Europy wnieśli w podatkach do brytyjskiego budżetu 14 proc. mniej, niż z niego uzyskali. Prof. Christian Dustmann i dr Tommaso Frattini, stosując te same kryteria analizy w odniesieniu do imigrantów z Europy, wykazali, że imigranci-Europejczycy w tym samym okresie czasowym uzyskali wynik dodatni, a dokładnie dołożyli do budżetu o 4 proc. więcej, niż otrzymali z niego pod postacią różnego rodzaju świadczeń.

W ramach ciekawostki warto odnotować, że powyższe badania wykazały, iż imigranci europejscy byli pod tym względem lepsi nawet od samych Brytyjczyków, którzy przyzwyczajeni do świadczeń socjalnych, pobrali z budżetu o 7 proc. więcej w tych świadczeniach, niż wpłacili pod postacią podatków. 

To wyjątkowo ciekawe informacje, szczególnie, że tak często w brytyjskich mass mediach, nierzadko ustami przedstawicieli rządu, podkreśla się koszty związane z wypłacaniem zasiłków dla imigrantów oraz skalę generowanych przez nich wydatków na leczenie w NHS (w publicznej służbie zdrowia), jak to już wykazaliśmy na przykładzie pana Harpera.

Jak swego czasu zaznaczył brytyjski minister zdrowia Jeremy Hunt: Nasz system publicznej służby zdrowia jest jednym z najhojniejszych dla cudzoziemców, jednak nadszedł czas na to, aby zagwarantować, że NHS stanie się bardziej narodowe niż międzynarodowe. Jednakżewypowiedź ta pozostaje w sprzeczności z uwagami prof. Christiana Dustmanna, który przeprowadzał interesujące nas badania: Imigranci z UE, którzy zaczęli masowo przyjeżdżać do Wielkiej Brytanii po roku 2004, wnieśli istotny, dodatni wpływ na finanse publiczne naszego kraju. To fakt, który bardzo często kontrastuje z obrazem tych ludzi, budowanym przez niektóre media[4].

Ten brak wnikliwości i rzetelnej oceny imigracji przez brytyjskie ośrodki medialne oraz władze nie przestaje dziwić. Wrzuciły one po prostu do przysłowiowego jednego wora imigrantów „europejskich”, chociażby z takich krajów jak Polska, z imigrantami z krajów „nieeuropejskich”. A co to za kraje? Ze względu na liczbę posiadanego potomstwa można się domyślać, że głównie islamskie, o czym pośrednio nadmienili naukowcy przeprowadzający te badania: Imigranci spoza Unii mają z reguły liczniejsze rodziny, stąd też budżet UK więcej łoży na ich edukację, leczenie i utrzymanie[5] – zauważył prof. Christian Dustmann.

Ten brak rozróżnienia na dwie odmienne imigracje, jaki dostrzegamy ze strony mass mediów już nie tyle brytyjskich, ale europejskich, co również znajduje swoje odbicie w przemilczaniu stosownych faktów, posiada jeszcze drugie dno. Chodzi mianowicie o wzmiankowaną już polityczną poprawność, a konkretnie – wywołany przez nią lęk przed posądzeniem o dyskryminację czy ksenofobię. W sytuacji, gdy w przestrzeni medialnej dominuje dyskurs liberalno-lewicowy, wszelkie poglądy na temat ujemnego wkładu nie-Europejczyków w rozbijanie budżetów i struktur społecznych zasiedlanych przez nich krajów, są wręcz odbierane jako przestępstwo, w najlepszym przypadku wykroczenie. Niestety, polityczna poprawność ruguje z przestrzeni publicznej niezależne myślenie, dlatego ta dezinformacja i niewiedza o zjawisku imigracji będzie o tyle silniejsza, o ile ludzie bezpośrednio zainteresowani tym zagadnieniem, sami nie rozejrzą się wokół siebie i nie przekażą sobie prawdziwych informacji, zamiast zbierać je tylko i wyłącznie od najbardziej rozpowszechnionych nierzetelnych ośrodków medialnych.     

Dla formalności warto nadmienić tylko, że różnice w ocenie imigracji spoza Europy a imigracji wewnątrzeuropejskiej nie są niczym nowym i spotykanym tylko i wyłącznie na gruncie brytyjskim. Pamiętamy przecież zamieszanie, jakie wywołała bestsellerowa książka Thilo Sarrazina pt. „Niemcy likwidują się same”. Burza, wywołana alergicznym wręcz wyczuleniem politycznie poprawnych mediów (czytaj: liberalno-lewicowych) na krytykę imigracji, szczególnie tej pozaeuropejskiej, ogarnęła wtedy nie tylko same Niemcy.

Pomijając już odbiór medialny tej publikacji, z wiadomych względów raczej nieprzychylny, w przeciwieństwie do odbioru społecznego, zwracają uwagę słuszne spostrzeżenia Sarrazina odnośnie imigracji islamskiej, ocenianej negatywnie, i dla przeciwwagi – pozytywna ocena imigracji z krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Sarrazin, osoba, która przypłaciła swoją publikacją utratę stanowisko członka zarządu Banku Centralnego RFN, i wobec której wszczęto postępowanie wykluczające z niemieckiej partii SPD, niemiecką politykę imigracyjną naszych zachodnich sąsiadów ocenił jako porażkę. Bez ogródek stwierdził on, że przybysze z krajów islamskich odczuwają niechęć do integrowania się ze społeczeństwem i nastawieni są na korzystanie z niemieckiego systemu socjalnego. Z kolei wedle opinii Sarrazina, imigracja polska nie stanowi dla Niemców obciążenia.        

Zachęcam w tym miejscu do zapoznania się z wojną przeciwko Thilo Sarrazinowi, jaką zafundowali mu propagatorzy imigracji i niszczący wolną debatę paranoiczni tropiciele „rasizmów”. Pozostając jednak na tą chwilę w temacie imigracji w obszarze Wielkiej Brytanii, jej oddziaływania na społeczności rdzenne i lokalne, należy się zastanowić, co obecnie oznacza masowa imigracja dla samych Brytyjczyków i jakie pociąga za sobą skutki – demograficzne, społeczne, a za nimi rzecz jasna ekonomiczne, które zawsze idą w parze z przetasowaniami demograficznymi. Na te ostatnie zwróciliśmy już uwagę, gdy analizowaliśmy badania naukowców z University College London. Teraz warto przyjrzeć się samej demografii i spróbować sobie odpowiedzieć na pytanie, co mogą przynieść zmiany w tym zakresie dla rdzennych Brytyjczyków.

Wyspy coraz mniej brytyjskie

Po pierwsze, możemy śmiało powiedzieć, że Wielka Brytania jest coraz mniej brytyjska w sensie etnicznym. Wystarczy wspomnieć, że już co czwarty mieszkaniec większych aglomeracji brytyjskich jest imigrantem, co trzeci posiada niebrytyjskie pochodzenie, a  co dziesiąty dom zamieszkuje rodzina, która posługuje się innym, niż brytyjski językiem.

Dane te pochodzą z 2011 r. z najnowszego spisu powszechnego, a dotyczą najbardziej zaludnionych obszarów Wielkiej Brytanii, jak na przykład Londynu czy Manchesteru. Pod uwagę wzięto również West Midlands oraz West Yorkshire. Rejony te zamieszkuje aż 25 proc. ludzi, którzy nie urodzili się w Wielkiej Brytanii.

Postępujący stopień przeobrażeń etnicznych na Wyspach najlepiej ukazać na zasadzie kontrastu, porównując dane z 2011 do tych, które uzyskano podczas spisu powszechnego w 2001 r.

Dane z 2001 r.:

1. Londyn – 75 proc. rodowitych Brytyjczyków

2. Greater Manchester – 92 proc.

3. West Midlands – 88 proc.  

4. West Yorkshire – 91 proc.

Dane z 2011 r.:

1. Londyn – 63 proc. osób urodzonych w Wielkiej Brytanii (proszę jednak dodatkowo pamiętać, że „urodzonych” nie zawsze oznacza, iż pochodzenia brytyjskiego. Mogły być to również dzieci imigrantów, które urodziły się na Wyspach. Według najnowszych szacunków w całej Wielkiej Brytanii liczba osób urodzonych poza Wyspami wynosi 13 proc.)

2. Greater Manchester – 87 proc.

3. West Midland – 83 proc.

4. West Yorkshire – 88 proc.     

Powyższe dane ukazują, jak dynamiczne są zmiany demograficzne na Wyspach oraz jak szybko zmienia się struktura etniczna i rasowa Wielkiej Brytanii. Dość powiedzieć, że sami rodowici Anglicy stali się obecnie „mniejszością etniczną” w takich rejonach, jak centrum Londynu, a w dzielnicach Tower Hamlets, Newham i Westminster stanowią jedynie niewielki odsetek. 

Zjawisko postępującej imigracji jest szczególnie widoczne w brytyjskich szkołach. Dane na tym polu są również wielce wymowne. Według najnowszych badań już do pięciu szkół w Anglii nie uczęszcza żaden uczeń, którego językiem ojczystym byłby język angielski, a w ponad 240 placówkach szkolnych uczy się 90 proc. dzieci, dla których język angielski jest drugim po ich rodzimym języku. 

„Daily Mail” poinformował swego czasu na swojej stronie internetowej, że do szkoły Sacred Heart w Tipton (West Midlands) uczęszcza 128 uczniów, z których 90 proc. stanowią dzieci imigrantów, głównie z takich krajów, jak Pakistan i Bangladesz. Z kolei dane brytyjskiego Ministerstwa Edukacji za rok szkolny 2012/2013 mówią, że do Gladstone Primary School uczęszczało 441 uczniów posługujących się różnymi językami, w tym tak egzotycznymi, jak punjabi czy urdu.

Jeśli ktoś analizuje wszelkiego rodzaju raporty i dane statystyczne odnośnie struktury demograficznej w brytyjskich szkołach, szybko dojdzie do wniosku, że zmienia się ona w zaskakująco szybkim tempie. Na przykład oficjalne dane mówią, że jeden na pięcioro uczniów szkół podstawowych posługuje się w domu innym językiem niż w szkole, ale jeśli zestawić to z kolejnym badaniem, wedle którego na przełomie 2012 i 2013 roku łączna liczba dzieci posługujących się innym niż angielski językiem wyniosła 1,1 mln, przy wzroście 228 tys. od 2008 r., to nie ma żadnych wątpliwości, że proces zmian w brytyjskich szkołach będzie nadal postępował.

Według najnowszych prognoz brytyjskiego urzędu statystycznego, w ciągu najbliższych 25 lat podstawówkom przybędzie 14 proc. uczniów, a szkołom średnim 10 proc. Już teraz wiadomo, że liczba dzieci imigrantów, które rozpoczynają obecnie naukę, jest dwa razy wyższa od tej, jaką odnotowano w latach ’90.

Jakie to może mieć skutki? Być może niektórzy byliby skłonni twierdzić, że tego typu kontakty wielokulturowe odcisną swoje pozytywne piętno na procesie kształcenia i wychowania młodych rodowitych Brytyjczyków. Można by ewentualnie przyjąć takie twierdzenia za uzasadnione w sytuacji, gdyby imigracja była symboliczna, a nie utrzymywała się na tak wysokim poziomie, co obecnie ma miejsce. Biorąc pod uwagę skalę tego zjawiska, ogrom i postępujący proces imigracji, prawdziwsza wydaje się teza, że bardziej niż ze „wzbogacaniem”, mamy tutaj raczej do czynienia z kolonizacją, dynamicznym, jak na przemiany demograficzne, wypieraniem rodowitych rdzennych Brytyjczyków przez przybyszów z zewnątrz. Niestety, ale liczby mówią same za siebie. Matematyka jest tutaj bezwzględna.  

W ramach ponoszenia kosztów czysto ekonomicznych zjawiska masowej imigracji, zaistnieje w chwili bieżącej potrzeba stworzenia dodatkowych miejsc w szkołach. I bez tego brytyjski system edukacji wymaga reform, a liczba miejsc w szkołach nie powiększa się tam samoczynnie. Szacuje się, że w celu zapewnienia dobrego funkcjonowania brytyjskich szkół, w najbliższych miesiącach należy utworzyć 250 tys. dodatkowych miejsc dla nowych uczniów.

Do tego należy dodać koszty związane z poświęcaniem czasu, jaki nauczyciel przeznaczy na dodatkową naukę dzieci imigrantów, co oczywiście odbędzie się ze szkodą dla dzieci anglojęzycznych. Pisaliśmy już o tym w tekście pt. „Islamska dyskryminacja w brytyjskich szkołach”: Raport Departamentu Edukacji Wielkiej Brytanii nie pozostawia złudzeń, co do wzrostu znaczenia islamskich imigrantów (...). Z raportu, który został zaprezentowany przez „The Telegraph”, wynika, że szkoły państwowe w Birmingham faworyzują osoby wyznające islam, dyskryminując tym samym wyznawców innych religii oraz edukują zgodnie z zasadami religii islamskiej. (...)Zauważono, iż nauczyciele faworyzują islamskich uczniów poprzez skupianie uwagi na uczniach z tzw. kursu islamskiego. Pozostali uczniowie muszą uczyć się we własnym zakresie. Dodatkowo posunięto się do wprowadzenia, jako obowiązkowy, języka arabskiego, a nawet stwierdzono, że na wykłady zaprasza się islamskich duchownych[6].

Masowy napływ dzieci imigrantów do szkolnych placówek posiada również swoje odbicie w wydatkach czysto finansowych. Na naukę języka angielskiego, Ministerstwo Edukacji przeznacza dodatkowo co roku na rzecz szkół niemałą sumę, bo 1,5 mln funtów.  

Jaka przyszłość?

Wrasta antyimigracyjne nastawienie Brytyjczyków, na co może mieć wpływ antyimigracyjna retoryka premiera Camerona. Nie ma jednak co ukrywać, że już wcześniej rodowici Brytyjczycy nie do końca chętnie przyglądali się zjawisku imigracji, która przecież w Wielkiej Brytanii była i jest nadal zjawiskiem intensywnym, doświadczając jej skutków w swoim najbliższym otoczeniu. Ostatni przykład na tym polu, to otwarcie rynku dla przybyszów z Rumunii i Bułgarii od 1 stycznia 2014 r. Już pierwsze dane statystyczne z początku roku potwierdzają, że poziom imigracji z tych krajów przekroczył wcześniejsze prognozy, choć jej ogólny bilans do dnia dzisiejszego, tj. do lipca br., okazuje się być ponoć mniejszym, niż zakładano w przeszłości.  

Brytyjczycy, nagle i z dnia na dzień, musieli zacząć konkurować często z pracownikiem tańszym w utrzymaniu, obserwować ogromną rzeszę nowych przybyszów korzystających z usług publicznych. Wszystko to musiało wywołać poczucie zagrożenia i obawy przed utratą uprzywilejowanej pozycji w swoim własnym kraju.

Jedno z najnowszych badań, ukazujących stosunek Brytyjczyków do zjawiska imigracji, zostało przeprowadzone przez YouGovna potrzeby programu „Wielka brytyjska awantura o imigrację”, którego emisja nastąpiła w Kanale 5 telewizji brytyjskiej.

Sondaż potwierdza jednoznacznie, iż antyimigracyjne nastroje wśród brytyjskiego społeczeństwa są wysokie. Już siedmiu na dziesięciu badanych chciałoby zmniejszyć lub całkowicie ograniczyć imigrację, a sześciu na dziesięciu pytanych jest zdania, że imigranci powinni umieć posługiwać się j. angielskim. Oprócz tego badania wykazały, że aż 67 proc. pytanych osób chciałoby pierwszeństwa przy zatrudnianiu dla Brytyjczyków.      

Antyimigracyjne działania brytyjskiego rządu i tamtejszej klasy politycznej, tak głośne w ostatnim czasie za sprawą antyimigracyjnego oratorstwa premiera Camerona, nastawione są raczej na osiągnięcie korzyści wizerunkowych. Po prostu temat imigracji jest na chwilę obecną tematem nośnym, na którym można ugrać poparcie w kolejnych wyborach. Dlatego, choć nie da się wykluczyć, że Brytyjczycy mają swoje negatywne doświadczenia ze zjawiskiem masowej imigracji, nie bez znaczenia dla urabiania ich opinii na ten temat pozostają antyimigracyjne wyskoki brytyjskiego rządu. 

Politycy żerują w ten sposób na nastrojach społecznych, ale zaostrzenie z ich strony antyimigracyjnej retoryki, zresztą chybionej z przyczyn ekonomicznych chociażby w tym aspekcie, który dotyczy imigracji z Polski, nie oznacza bynajmniej, że chcą realnie zahamować proces niekontrolowanej imigracji. Wprowadzą być może drobne zmiany kosmetyczne, tylko symbolicznie utrudniając osiedlanie się nowym przybyszom w Wielkiej Brytanii, ale znaczącego zahamowania zjawiska masowej imigracji nie powinniśmy się spodziewać.

To jednak czyny, a nie deklaracje zdradzają prawdziwe intencje władzy. Jej obłudę i hipokryzję w kreowaniu polityki antyimigracyjnej, ukazało zamieszanie wokół samego Camerona i wicepremiera Nicka Clegga. Okazuje się, że ludzie, którzy tak dużo rozwodzili się o negatywnym wpływie imigrantów na brytyjski rynek pracy i całą sferę socjalną, sami zatrudniali imigrantów. Według jednych z rewelacji, David Cameron przyjął do pracy w charakterze opiekunki do dzieci imigrantkę z Nepalu, a wicepremier zatrudniał jako pomoc domową imigrantkę z Belgii. Informacja ta wywołała pewną konsternację na Wyspach, szczególnie że ujrzała ona światło dzienne zaraz po tym, jak brytyjska władza rozpowszechniała publicznie oskarżenia pod adresem brytyjskiej klasy średniej za faworyzowanie przez nią przy zatrudnieniu... imigrantów. I tyle są właśnie warte słowne wybiegi polityków, których retoryka podporządkowana jest uprawianiu „pijaru”. Niby banał, ale ile osób nadal żyje według tych właśnie schematów myślenia, nabierając się na coraz to nowsze zapewnienia polityków, czy inaczej – specjalistów od zbijania kapitału wyborczego.  

Dlatego wokół tematu imigracji i związanych z nią kosztami, przynajmniej na razie, jest więcej szumu i rozgłosu, aniżeli wyraźnej woli lub siły społecznej czy politycznej, która byłaby w stanie wprowadzić na tym polu jakieś daleko idące rozwiązania. Politycy uprawiają swoją propagandę, a brytyjskie społeczeństwo, niby nastawione antyimigracyjnie, ale w gruncie rzeczy swoją biernością toleruje obecny stan rzeczy. Wszak funkcjonuje w Wielkiej Brytanii BNP (Brytyjska Partia Narodowa), partia o jawnie antyimigracyjnym programie, ale jej wyniki wyborcze nie pokrywają się z rzekomymi antyimigracyjnymi nastrojami panującymi wśród Brytyjczyków. Chyba że założymy, iż skala niechęci do imigrantów wzrosła już na Wyspach do tego stopnia, że to jest właśnie ten moment, w którym przeciwnicy imigracji chcą mocniej zamanifestować swoje stanowisko. Świadczyłoby o tym kilka zjawisk społecznych, jak chociażby powstanie antyimigracyjnej EDL (Angielska Liga Obrony), celującej w ulicznych wystąpieniach przeciwko islamskim imigrantom. Nie bez znaczenia mogło być również wyczekiwanie na „odpowiednią”, a więc w odbiorze społecznym – mniej radykalną, a jednocześnie bardziej wyrazistą od BNP partię, którą pod tym względem wydaje się reprezentować UKIP (Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa), święcąca ostatnio swoje triumfy.       

Czy można więc zakradać, że te nastroje będą się jednak nasilały, aż w końcu zachęcą Brytyjczyków do śmielszych poczynań i większego zaangażowania w problematykę imigracyjną? Punkt kulminacyjny nastąpi, ale pojawia się nowa kwestia do rozstrzygnięcia: czy postępujący wskaźnik masowej imigracji nie zdusi wszelkich antyimigracyjnych głosów sprzeciwu już w zarodku? Tak po prostu i z racji liczebnej przewagi przybyszów, których będzie już na tyle dużo, że wzrośnie ich pozycja polityczna, czyniąc za bezcelowe jakiekolwiek formy sprzeciwu w obliczu przemian demograficznych. Przypomnijmy: matematyka jest bezwzględna, a przewaga liczebna zrobi swoje. Warunki będzie dyktował silniejszy, a więc ten, którego jest więcej. Kto wie, być może Wielką Brytanię czeka wariant kosowski, gdzie ludność albańska wyparła demograficznie Serbów z ich historycznych ziem.

Wariant całkiem realny, gdy weźmiemy pod lupę najnowsze badania brytyjskiego urzędu statystycznego, z których wynika, że w 2037 roku liczba mieszkańców Wielkiej Brytanii wzrośnie o 9,6 mln, z czego 60 proc. stanowić będą zarówno nowoprzybyli imigranci, jak i dzieci cudzoziemców mieszkających już na Wyspach. I nawet jeśli premier Cameron wprowadzi swoje restrykcje dla imigrantów, to na ile jest w stanie ograniczyć swoimi kosmetycznymi zmianami tę liczbę? Prognozuje, a raczej mami, że uda mu się ograniczyć napływ imigrantów do kilkudziesięciu tysięcy w skali roku; nawet tak pożytecznych z perspektywy brytyjskiej gospodarki, jak imigranci z Europy Środkowowschodniej.

Abstrahując już od tego, że zamierza tego dokonać m.in. w tak „spektakularny”, aczkolwiek prosty do obejścia i raczej mało uciążliwy sposób, jak wprowadzenie obostrzeń językowych i odczekanie krótkiego czasu po zasiłek, konieczność okazywania przez bezrobotnego aktualnego CV w ramach cotygodniowych spotkań z doradcą zawodowym, ewentualnie ograniczenie prawa do zasiłków dla nowych imigrantów, nie będzie miał łatwo, jeśli wskaźnik 165 tys. nowych imigrantów w ciągu najbliższych 25 lat, zgodnie z analizą urzędu statystycznego, zostanie podtrzymany. Choć inne dane mówią, że wskaźnik migracji może wynieść ponad 200 tys., a według najnowszego raportu Migration Watch, może to być nawet 500 tys. na przestrzeni zaledwie 5 lat.

Tymczasem w realność planu Camerona powątpiewają już nie tylko politycy, publicyści czy eksperci, ale nawet jego partyjni koledzy. Zawiązała się grupa Conservatives for Managed Migration, która sugeruje premierowi ograniczenie swych słownych wypowiedzi na temat ograniczenia imigracji, gdyż są to projekty o małej szansie realizacji. Tak naprawdę mało kto w to jeszcze wierzy, wszystkie ekspertyzy mówią wprost, że tego typu redukcja jest niewykonalna z wielu obiektywnych powodów – powiedział o planach Davida Camerona i jego ministrów przedstawiciel Conservatives for Managed Migration i poseł Mark Field.

Czyli można z tego wnioskować, iż postulują oni zaprzestania dalszego podbijania wskaźników sondażowych głosem sprzeciwu wobec imigrantów, gdyż dalsze brnięcie w tę tematykę grozi narażaniem się na śmieszność w sytuacji, gdy problem imigracji i tak nie zostanie rozwiązany. Cameron jednak nie zwalnia i dalej z uporem maniaka atakuje imigrację. Zgodnie z przewidywaniami kolegów z Conservatives for Managed Migration zaczyna być w swoich poczynaniach po prostu śmieszny. Bo jak inaczej nazwać zapowiedź całkowicie nierealnego i niewykonalnego w realizacji planu, według którego bezrobotny imigrant z UE, mógłby zostać deportowany z kraju już po pół roku przebywania na Wyspach bez pracy?

To nie przypadek, że pomysł ten został podsunięty opinii publicznej zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego, w których miażdżące zwycięstwo odniosła uniosceptyczna i posługująca się antyimigracyjną retoryką, partia UKIP Nigela Farage’a. Realność i wykonalność nie mają tutaj dla rządzących żadnego znaczenia, bo gdyby było inaczej, to musieliby publicznie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: jak w praktyce miałoby wyglądać deportowanie imigrantów po sześciu miesiącach pobytu bez pracy? Już teraz brytyjski wymiar sprawiedliwości ma problemy z deportacją cudzoziemców po odsiedzeniu wyroków. Czy ta skuteczność pojawiłaby się w odniesieniu do takiej masy ludzi? Nawet tamtejsi parlamentarni liberalni demokraci wskazali na nierealność podobnych rozwiązań, argumentując, że nie zmniejszy to wskaźnika imigracji poniżej zapowiadanych 100 tys. osób rocznie. 

Jak więc doskonale widać, podobne pomysły są tylko próbą przypodobania się antyimigracyjnemu elektoratowi przed przyszłorocznymi wyborami w Wielkiej Brytanii. Czasu do nich niewiele, więc intensyfikacja działalności propagandowej Camerona na polu „donkiszotwszczyzny” w zmaganiach z imigracją będzie narażać jego ekipę na coraz to większą śmieszność.

Znowu jednak należy zwrócić uwagę na pewną zawziętość brytyjskiego systemu w atakowaniu imigrantów z Europy. Pomijając już typowo propagandowe i nierealne w wykonaniu zapowiedzi, według najnowszych zmian w prawie brytyjskim, imigranci z UE, którzy pobierają zasiłek dla bezrobotnych, zostaną pozbawieni prawa do pobierania w tym samym czasie zapomogi mieszkaniowej. Do sześciu miesięcy skróci się też czas otrzymywania zarówno zapomogi mieszkaniowej dla osób, które stracą pracę i przejdą na zasiłek, jak i samego zasiłku. Z kolei od lipca br. obowiązuje kolejne obostrzenie dla imigrantów z UE, którzy przyjeżdżają na Wyspy z dziećmi. Teraz będą musieli zamieszkiwać w Wielkiej Brytanii minimum trzy miesiące zanim będą mogli ubiegać się o zasiłek lub ulgę podatkową na swoje dzieci.

Również od lipca nowych obrotów nabierze sprawa związana z propozycjami Camerona, aby podwyższyć minimalny staż pracy, który będzie uprawniał do pobierania emerytury w Wielkiej Brytanii. Konieczne będzie wykazanie, że przepracowało się na Wyspach 35 lat, czyli o pięć lat więcej, niż obecnie, i wówczas wtedy zyska się prawo do świadczeń. Oprócz tego rząd w Wielkiej Brytanii dąży do wprowadzenia prawa, jakie cząstkową emeryturę przyznawać będzie po przepracowaniu okresu minimalnego, mającego wynosić 7 lub 10 lat. Sęk w tym, że plany Camerona wchodzą tu w pewną korelację z unijnymi regulacjami. Rozporządzenie Rady (EWG) nr 1408/71 z 14 czerwca 1971 r. mówi wyraźnie, że można pracować w kilku państwach z prawem do emerytury na zasadzie podliczania wszystkich składek, jakie w nich uzbierano. Dlatego właśnie sprawa dostanie impetu gdzieś w okolicach lipca, gdy powinno dojść do pierwszej konfrontacji na tym polu w Parlamencie Europejskim, który wznowi swoją aktywność już w nowymi-starymi europosłami.

Jak więc widać, gabinet Camerona postawił sobie za punkt honoru przede wszystkim utrudnianie życia w gruncie rzeczy pożytecznej imigracji z Europy. Logika podpowiada jednak, że ta wybiórcza polityka, nie uwzględniająca różnic pomiędzy imigracją wewnątrzeuropejską a tą spoza Europy, nie przyniesie żadnych wymiernych gospodarczo korzyści dla Brytyjczyków, poza być może nabiciem kilku punktów procentowych poparcia dla rządu. Choć trzeba przyznać, że Brytyjczycy mają pełne prawo do budowania swojego potencjału gospodarczego w oparciu o własne zasoby ludzkie, dając pracę w pierwszej kolejności swoim obywatelom. Szkoda tylko, że dokonuje się to przy pewnej ignorancji dla kilku podstawowych faktów i zgodnie z ideologicznym przesłaniem politycznej poprawności, gwarantującej nietykalność grupom etnicznym z pozaeuropejskiego kręgu kulturowego.

Dodatkowo i gdzieś obok omawianych powszechnie zagadnień natury ekonomicznej, pozostaje jeszcze do zaznaczenia opisywana tu kwestia zmian demograficznych, tak wyciszana przez ową polityczną poprawność. Kiedyś twierdzono, że imigracja nie jest w stanie rozbić pierwotnej struktury etnicznej, z jakiej zostały uformowane poszczególne narody europejskie. Ot, zostanie po prostu wchłonięta, a jej najbardziej produktywne elementy wtopią się w zasiedlone otoczenie. Pytanie tylko, na ile obecne zjawisko przemieszczania się ludzi nosi jeszcze znamiona imigracji, a na ile jest to już kolonizacja, oznaczająca w europejskich warunkach, przy niskim przyroście naturalnym rodowitych Europejczyków, po prostu wyparcie autochtonów przez przybyszów?

Obecna klasa rządząca Wielką Brytanią uderza w tuby propagandowe antyimigracyjnej retoryki, ale jak już zdążyliśmy wykazać – prawie tylko i wyłącznie w odniesieniu do imigracji z innych krajów europejskich. Świadomie nie chce dotykać zagadnień związanych z imigracją spoza Europy, choć ta wydaje się ekonomicznie i społecznie mniej opłacalna od imigracji wewnątrzeuropejskiej. Mało tego, imigracja spoza Europy będzie stanowiła obecnie główny motor napędowy przemian społeczno-ekonomicznych na Wyspach w ciągu najbliższych dziesięcioleci.    

Jak ukazują badania, za około 35 lat, kolorowi mieszkańcy Wielkiej Brytanii będą stanowić jedną trzecią mieszkańców. Mowa o imigrantach z grupy BME (Black and Minority Ethnic), do której zaliczają się imigranci z Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Czarnej Afryki, Karaibów i innych byłych krajów kolonialnych brytyjskiego imperium[7]. To pokazuje, jak niewielkiego znaczenia są poczynania Camerona na polu walki z tą konkretną imigracją, która będzie rozrastać się w wyniku promocji rodzin wielodzietnych w tych społecznościach, a także ich nielegalnemu migrowaniu na teren Wielkiej Brytanii.

Czy jest to zaślepienie władzy, czy może świadome bagatelizowanie problemu w obawie przed posadzeniem o „nietolerancję”, konsekwencje tej gry o przyszłość Wielkiej Brytanii mogą być dla wielu przerażające – „W ciągu jednego pokolenia społeczeństwo Wielkiej Brytanii zmieni się nie do poznania. Co trzeci mieszkaniec będzie pochodził z Indii, Pakistanu i Afryki”[8].

Sławomir Gródecki

⇒Społecznościowiec, nr 1 / 2014


[1] „Imigracja spoza Europy to nie to samo”, http://spoleczni.net/index.php?menu=pokaz_wiadomosc&id_wiadomosci=163 (Dostępność: 23.06.2014 r.).

[2] Małgorzata Słupska, „Imigranci ponoszą winę za...”, http://www.mojawyspa.co.uk/artykuly/30362/Imigranci-ponosza-wine-za8230 (Dostępność: 4.02.2014 r.).

[3]Małgorzata Słupska, „Imigranci z UE więcej płacą do budżetu UK niż dostają”, http://www.mojawyspa.co.uk/artykuly/30722/Imigranci-z-UE-wiecej-placa-do-budzetu-UK-niz-dostaja (Dostępność: 6.11.2013 r.).

[4]Tamże.

[5]Tamże.

[6] TeO, „Islamska dyskryminacja w brytyjskich szkołach”, http://spoleczni.net/index.php?menu=pokaz_wiadomosc&id_wiadomosci=319 (Dostępność: 18.06.2014 r.).

[7]Jędrzej Bielecki, „Rzeczpospolita” (wydanie internetowe), http://www.rp.pl/artykul/30,1114194-Kolorowa-przyszlosc-Brytanii.html (Dostępność: 2.06.2014 r.).

[8] Tamże.



 
 
Maj 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych