2015-03-17

Inicjatywa własna potrzebna od zaraz


Inicjatywa własna - zjawisko słabo widoczne w Polsce, gdzie społeczeństwo jest bierne, zrezygnowane, pozbawione chęci do podjęcia aktywności obywatelskiej. Szczególnie dostrzegalne w okresie wyborów, a w wymiarze jednostkowym podczas indywidualnych dyskusji, w których dominuje ton zrezygnowania i powątpiewania w jakąkolwiek skuteczność działania, naznaczony brakiem elementarnej wiedzy z podstawowych zagadnień historycznych oraz polityczno-ekonomicznych. Wiedza szczątkowa przekłada się z kolei na brak świadomości, tak potrzebnej do samodzielnego rządzenia.      

Jako naród czy społeczności lokalne nie dorośliśmy jeszcze do samodecydowania o sobie, pozostawiając bieg spraw publicznych osobom, które korzystając z naszego przyzwolenia, decydują o naszych sprawach nawet wbrew naszej woli. I nie powinniśmy się temu dziwić, gdyż stanem naturalnym jest korzystanie przez te osoby z naszego przyzwolenia na ich rządzenie się. Politycy, członkowie partii, instytucje państwowe, rady dzielnic, osiedli, spółdzielni – wszystkie te grupy i instytucje przejęły i wciąż przejmują ten zakres kompetencji, które my, jako namiastka narodu i niezorganizowane obywatelsko społeczeństwo, odpuściliśmy.    

Temu właśnie służy demokracja pośrednia, a więc cedowanie obowiązków kreowania życiem społeczno-politycznym na przedstawicieli partii i urzędników państwowych. Tak jest dla ludzi łatwiej i wygodniej, choć z perspektywy naszych interesów, zdecydowanie jest to zła metoda. To nie wymaga zaangażowania obywatelskiego. W ten sposób Polacy mogą tłumaczyć swoje lenistwo, a odpowiedzialność za złą sytuację w kraju przerzucać na urzędników, którzy i tak pozostają bezkarni w tym, co robią. Błędne koło się zamyka, ale dla każdej ze stron – urzędniczej i obywatelskiej – taki układ wydaje się optymalny.

Bierne społeczeństwo zawsze może w takich okolicznościach zasłaniać się „niekompetencją władzy”. Tłumaczyć, że przecież zrobiono wszystko jak należy: „poszliśmy na wybory, spełniliśmy swój obywatelski obowiązek, tak więc zrobiliśmy wszystko” (a ilu jest takich, co lubi narzekać, a mimo wszystko nie chodzi na wybory?). Potem ze spokojem może udać się na wakacje i uaktywniać się tylko podczas śledzenia serwisów telewizyjnych (nie mam odwagi nazwać tej telewizyjnej papki serwisami „informacyjnymi”) oraz w trakcie przerzucania się epitetami podczas emocjonalnych spotkań w gronie rodzinnym, które uwidaczniają partyjne sympatie.

Nikomu z tych „spełnionych” obywateli nie przejdzie nawet przez myśl, że krytyka, z jaką spotykają się z ich ust przedstawiciele władzy, należy się przede wszystkim im samym. Za bierność, która popycha urzędników do bezkarności. Za tolerowanie teatrzyku partyjnego, którego wystąpienia stają się ważniejsze od życia i problemów ludzkich. Za akceptowanie niskiej jakości przekazu medialnego głównych ośrodków medialnych, co uniemożliwia zdobycie rzetelnej wiedzy, niezbędnej przy podejmowaniu świadomych decyzji i produktywnej debaty.

Ludzie władzy czują, że nikt nie kontroluje ich poczynań, bo raz, że instrumenty prawne im na to pozwalają, a dwa, że nie czują nad sobą kontroli obywateli, powiedzielibyśmy – presji. Pierwsze wynika z drugiego. W praktyce wszystko „wynika z drugiego”. Bierność obywatelska jest wytłumaczeniem dla niskiej jakości rządzenia, tworzenia zawiłego i uciążliwego społecznie prawa oraz stanowi zachętę dla pasożytnictwa za publiczne, czyli nasze pieniądze.

Po co niby liczyć się ze zdaniem obywateli, dlaczego przejmować się ewentualnymi reperkusjami społecznymi przy podejmowaniu decyzji ponad głowami przysłowiowych Kowalskich, skoro nawet ewidentnie niekorzystne z punktu widzenia interesu społecznego posunięcia, nie spotkają się ze zdecydowanym sprzeciwem zorganizowanego kolektywu obywatelskiego? Tak wśród władzy dominuje bezkarność, gdy wśród obywateli bierność. Skoro „Tyle wolności, ile obywatelskiej aktywności”, to również „Tyle mierności, ile obywatelskiej bierności”.

Cóż, można powiedzieć, że każdy naród posiada taką władzę, na jaką sobie zasłużył. Ona jest tylko odbiciem samego społeczeństwa, a jej decyzje i jakość sprawowania rządów odzwierciedleniem zaangażowania obywatelskiego. Ale jak pomiędzy ludźmi, którzy wolą polegać na sile sprawczej partii/państwa, oddających się pod panowanie chciwych politykierów, może w ogóle zaistnieć zdolność do podejmowania niezależnych decyzji? Czy społeczeństwo lokajów (nie obrażając przedstawicieli tej profesji/zawodu) jest zdolne do samorządzenia sobą, skoro tak chętnie oddaje swoją wolność państwu? Czy człowiek, który zamiast polegać na swoich zdolnościach i kreatywności, w miejsce inicjatywy własnej decydujący się na posłuszeństwo względem mianowanych odgórnie „wodzów i panów”, może określać się mianem człowieka wolnego?

Bierność społeczeństwa karmi się dzisiaj tą ślepą wiarą w świat liderów i przewodników, panów, szlachty, elity, autorytetów, hierarchów, biurokratów, bogatych, bez których ludzie – dodajmy: leniwi ludzie – nie wyobrażają sobie życia. Bo tak to sobie tłumaczą: bez nich niechybnie poginiemy, zapanuje chaos.

Do czego nas doprowadziło myślenie tymi naiwnymi kategoriami ujrzy każdy, kto patrzy trzeźwo na świat i wyrwał się spod wpływu propagandy systemu, na co dzień wtłaczającego nam do głów zbawczą rolę państwa czy jakiejkolwiek grupy lub instytucji uprzywilejowanej. Nasza naiwność i strach przed wolnością, która bez wątpienia wiąże się z pewną odpowiedzialnością za swoje decyzje, są wykorzystywane przez te grupy i instytucje do trzymania nas w pętach zniewolenia. A przypominamy sobie o tym ubezwłasnowolnieniu za każdym razem, gdy umniejszają zakres naszych swobód obywatelskich i prywatności, w górę idą rachunki, a obok nich rosną obciążenia podatkowe.

Wtedy mówi się nam, że nowe podatki są konieczne, bo państwo musi jakoś funkcjonować, chociażby wypłacając nam świadczenia społeczne. Tak właśnie uzależnia się nas od złodziejskich instytucji, do tego za nasze własne pieniądze. Tak też utwierdza się w świadomości społecznej mit „spełniającego nasze potrzeby państwa”. Tylko nieliczni-uświadomieni będą próbowali tłumaczyć, że państwo wypłaca nam zaledwie ochłap tego, co samo od nas wcześniej pobrało w podatkach, a co po drodze trafiło do kieszeni urzędników i zaprzyjaźnionych z państwem uprzywilejowanych grup biznesowych.

W ten wyjątkowo przebiegły sposób próbuje się też zdyskredytować ludzi, którzy kwestionują taki mechanizm na rzecz opisywanej tu inicjatywy oddolnej. Jej urzeczywistnienie nie wymaga od nas posłuszeństwa narzucanym nam siłą urzędnikom państwowym, ale nie może odbyć się bez uprzedniego odrzucenia niewolniczych schematów myślenia.

Do inicjatywy własnej, oddolnej, powinien przede wszystkim przekonywać argument eliminacji z naszego życia pośredników, którzy w chwili obecnej żerują na naszych zarobkach, załatwiając większość z tych spraw, które równie dobrze mogą zostać rozwiązane w ramach działalności zorganizowanych kolektywów obywatelskich, czy też w ramach podejmowania niezależnych i wolnych decyzji poszczególnych obywateli.

Pierwszym krokiem na drodze do wolności, którego postawienie mogłoby wyznaczyć początek wyzwalania się spod niewolnictwa państwowego (w sensie dosłownym i mentalnym), byłoby wprowadzenie wolności w decydowaniu o swojej emeryturze. Prosty wybór: czy chcemy oddawać nasze zarobki na emeryturę państwową, a potem dostać z tego jakiś marny procent, czy może rezygnujemy z przekazywania naszych pieniędzy państwu i troszczymy się o naszą starość we własnym zakresie.

Dziś tej wolności w decydowaniu o swojej emeryturze oczywiście nie posiadamy, gdyż prawo decydowania o naszej starości zostało nam siłą odebrane przez państwo. Jak niewiele osób jest w stanie sobie wyobrazić, że kiedyś ludzie nie posiadali państwowej emerytury, a mimo wszystko nikt nie umierał z głodu na starość. 

Ludzie epok, przed wprowadzeniem państwowych emerytur, czyli przed ustanowieniem ich za przyczyną naśladownictwa rozwiązań w tej dziedzinie Ottona von Bismarcka, zabezpieczali swoją przyszłość na różne sposoby. Przede wszystkim zaś poprzez liczne potomstwo, co już na wstępie wykluczało tak bliski nam dzisiaj problem niskiego przyrostu naturalnego. Do końca życia nie zapomnę słów swojego dziadka, który otoczony opieką swoich dzieci, tuż przed swoją śmiercią stwierdził, że są one dla niego niezwykle pomocne. Czyli najlepszą inwestycją na przyszłość okazało się potomstwo, bez którego w obliczu starości czy choroby jesteśmy skazani na bezduszny nadzór, bo opieką ciężko to nazwać, państwowej służby medycznej.

Przed narzuceniem państwowych emerytur istniało również wiele niezależnych towarzystw samopomocowych o różnej proweniencji, czy to na ziemiach polskich, czy na Zachodzie, w tym wywodzących się ze środowisk robotniczych, które dbały o ludzi bezpośrednio powiązanych z tymi środowiskami, a także ich rodziny. Ta pomoc dla rodzin miała miejsce także po śmierci przedstawiciela danego środowiska, członka określonej grupy zawodowej czy jak kto woli – cech robotniczych. Nikt wówczas nie dopuszczał do siebie takiej myśli, że to na państwie spoczywałaby odpowiedzialność za życie ludzi, a w końcu, że jakiś urzędnik ma prawo decydować o ich życiu, życiu dorosłych i odpowiedzialnych osób. Ciekawie pod tym względem prezentują się też przykłady, jakie dostarcza nam historia europejskiego ruchu spółdzielczego, niezależnych od państwa porozumień obywatelsko-robotniczych, które zabezpieczały interesy swoich członków, zaspokajając m.in. potrzeby żywieniowe, ubezpieczeniowe czy mieszkaniowe.

Gdyby z kolei przenieść do naszych czasów, żyjących jeszcze przed erą scentralizowanych tworów państwowych, nie mogliby oni pojąć, dlaczego tak dobrowolnie i bez jakiegokolwiek protestu, głosu społecznego sprzeciwu bądź walki, zaakceptowaliśmy stan wyzysku i kontroli państwowej od urodzenia aż do śmierci.   

Dlaczego państwo nie chce nam dać tej swobody decyzyjnej? Wiadomo – potrzebuje naszych pieniędzy na swoje utrzymanie, a tym samym utrzymywanie w nas tego przeświadczenia o konieczności sprawowania swojej pieczy nad nami. Niepokornych sprowadza do parteru niczym mafia, czyli stosując przemoc. Do tego oczernia ich w swoich tubach propagandowych, za które służyły i ciągle służą mass media (strefa wpływów państwa i zaprzyjaźnionych z nim uprzywilejowanych grup biznesowych). W jaki sposób? A chociażby zrównując ze „złodziejami”,  „przestępcami” i „oszustami” każdego, kto próbuje wyrwać państwu trochę swojego, stosując rożnego rodzaju wybiegi prawne.

Owszem, aspekt finansowania państwa z haraczu, jaki otrzymuje ono od nas pod postacią podatków, jest z pewnością istotny, jeśli nawet analizować to tylko pod kątem przymusu łożenia przez obywateli na państwowe emerytury. Nie mniej ważne są jednak także względy o wymiarze propagandowym, owe wytwarzanie przez państwo tego przeświadczenia o konieczności sprawowania swojej pieczy nad nami.      

Dlatego pozostawienie obywatelom do rozstrzygnięcia kwestii czy chcą przeznaczać część swoich zarobków na emeryturę państwową, czy wolą odkładać zarobione pieniądze na własne konto, niosłoby za sobą nie tylko ryzyko utraty przez urzędników pewnej puli środków finansowych, co mogłoby pobudzić nastroje wolnościowe i antypaństwowe w społeczeństwie.

Nagle mogłoby się okazać, że ludzie bardzo chętnie odcinają się od państwowej pępowiny, dostrzegając, że po pierwsze – dysponują większym zakresem swobody finansowej, a po drugie – że po prostu zgromadzili więcej środków na swoją emeryturę, skoro nie położyli na niej łapy pośrednicy w jej wypłacaniu, czyli urzędnicy państwowi, czerpiący z tego tytułu zyski, na które składa się dzisiaj procent od naszych pensji.          

Przedstawiciele państwa nie chcą więc ryzykować wybuchu nastrojów wolnościowych, które mogłyby doprowadzić do wydatnego ograniczenia roli państwa, a tym samym jego przedstawicieli, od szeregowych urzędników poczynając, kończąc przede wszystkim na jego głównych beneficjentach – wysoko postawionej kaście urzędniczej, politykierach i zaprzyjaźnionych z nimi grupach biznesowych. Reszta, która tkwi w tym bagnie, to tylko „pożyteczni idioci” systemu, utrwalający ten stan niewolnictwa o nazwie państwo i broniący fundamentów jego trwania nawet za cenę utraty wiarygodności człowieka rozumnego.       

Bez wątpienia, pozbycie się tego balastu przymusowych ubezpieczeń państwowych, mogłoby wywołać lawinę roszczeń ze strony społeczeństwa, któremu nagle opadłyby klapki z oczu, i które zaczęłoby dostrzegać złodziejską przebiegłość urzędników, a także możliwość życia poza ich kuratelą, czy w końcu życia bez państwa.

Zaistnienie tej świadomości wytworzyłoby znakomite warunki do powstawania inicjatyw oddolnych, za pośrednictwem których obywatele odczuwaliby naturalną potrzebę przejmowania coraz to nowych kompetencji społecznych, do tej pory siłą zagarniętych przez instytucje państwowe.    

Ale państwo raczej nie zaryzykuje uruchomienia procesu pobudzania świadomości społecznej do obywatelskiego działania i organizowania przez aktywne grupy obywatelskie kontrpaństwowych struktur. A świadomość, wiedza, ten powiew wolności, to również pewne wyobrażenie sobie tego, że świat może wyglądać inaczej. Dziś tej wiedzy tak bardzo brakuje ogółowi społeczeństwa, które pogrążone w letargu, nawet nie wyobraża sobie, że można wpływać na życie społeczne i ekonomiczne z pominięciem usadowionych na górze ludzi władzy.   

Inicjatywa własna wymaga świadomości, czegoś, co człowiek musi najpierw poczuć, a potem pielęgnować, zdobywając wiedzę na poszczególne tematy. Świadomość, z jednej strony dostarcza potrzebnej do rządzenia się we własnym zakresie wiedzy. Może to być wiedza wszechstronna, jak i szczegółowa, w której wyspecjalizują się odpowiednie grupy obywatelskie. Z drugiej strony, świadomość społeczna daje poczucie własnej krzywdy, uzmysławia, jak bardzo byliśmy dotąd manipulowani, i co najważniejsze – zachęca do zmiany swojego położenia i wyznacza szlaki poszukiwań konkretnych i nowych rozwiązań.

Czy takie rozwiązania są możliwe? Owszem, gdyż jak pokazuje codzienne doświadczenie, nawet w warunkach aroganckiego modelu rządzenia, stosowanego przez władze miejskie, już teraz możemy mówić o szeregu obywatelskich inicjatyw wywodzących się z tzw. ruchów miejskich. Skupiają one organizacje pozarządowe lub zwykłe stowarzyszenia lokatorskie i ogólnomiejskie, które nie zgadzają sie na obecny model rządzenia, narzucany im odgórnie i pod presją. Szczególnie, że władza nie uwzględnia w swoich decyzjach głosu zwykłych mieszkańców danej miejscowości, i to nawet wtedy, gdy decyzje te dotykają ludzi w sposób bezpośredni.

Ruchy miejskie są najlepszym przykładem na to, że jednak można, przynajmniej próbować działać dla interesów społecznych, stawiając tamę oligarchicznym zapędom władzy. Na ile są one skuteczne to już inna kwestia, ale jedno jest pewne – swoją aktywnością drążą skałę urzędniczej ignorancji, zmuszając władze do pewnych ustępstw poprzez przysłowiowe „trzymanie ręki na pulsie”. Kto wie, czy gdyby nie determinacja tych oddolnych inicjatyw społecznych na polu zabiegania o podmiotowość obywateli, usłyszelibyśmy w ogóle o budżetach partycypacyjnych?     

To właśnie tego rodzaju inicjatywy oddolne powinny stanowić przykład do naśladowania dla zrezygnowanych Polaków, którzy uważają, że samemu nie można nic zmienić, a nadzieję należy pokładać w rządzących nami, żyjących za nasze pieniądze, ignoranckich urzędnikach. I to właśnie tego rodzaju ruchy obywatelskie potwierdzają, że zdobycie potrzebnej do rządzenia się we własnym zakresie – bez kosztownych urzędniczych pośredników – wiedzy, nie stanowi wielkiego problemu, o ile są tylko chęci i znajdą się świadomi swoim praw ludzie.

Warunkiem żywotności i skuteczności takich oddolnych inicjatyw jest jednak nie tylko obecna wśród jego reprezentantów świadomość. Świadomość oznaczająca wiedzę i podpowiadająca, opierające się na tej wiedzy, kierunki zmian, uwzględniające interes społeczny.

Żywotność i skuteczność inicjatyw oddolnych, to jaka sama nazwa wskazuje – inicjatywa oddolna, ale już w wymiarze indywidualnym. Bo jedno, to inicjatywy oddolne grup społecznych w konfrontacji z „urzędniczą górą”, a drugie, to zaangażowanie poszczególnych działaczy takiej grupy społecznej.

Czyli model funkcjonowania takiej grupy nie może opierać się na zwykłym wydawaniu poleceń i przydzielaniu zadań do realizacji, bo sugeruje to, iż wola zmian przebiega pod dyktando jakiejś kolejnej struktury kierowniczej, a nie całej grupy. Poza tym, aktywność poszczególnych działaczy w miejsce odgórnego wydawania komend, to dowód na istnienie autentycznej powszechnej woli zmian, a nie krótkotrwałego sztucznego tworu według punktu widzenia tylko drobnej części społeczeństwa. Kto chce zmian, będzie aktywny. Kto odpuszcza, wzmacnia grupy uprzywilejowane, poszerzając w ten sposób zakres ich kompetencji w rządzeniu społeczeństwem wedle własnych interesów.

Czyli żadnego wodza, żadnych reprezentantów, żadnego odgórnego i stałego podziału funkcji i zadań. Wodzów, na których trzeba się oglądać, żeby dostać ewentualne przyzwolenie, ani tym bardziej ciał przedstawicielskich (podobnych do dzisiejszych partii politycznych), które stanowią namiastkę kolejnej oligarchicznej struktury, lekceważącej głos większości.

Owe ciała przedstawicielskie, które powstają niczym firmy oferujące swoje usługi, prowadzą kłamliwą propagandę, mającą na celu przekonanie nas, że będą skutecznie reprezentować nasze interesy. Jak to się sprawdza, widać właśnie na przykładzie dzisiejszych partii politycznych. Ustami swoich przedstawicieli potrafią one przekonywać o swojej skuteczności, gdy w rzeczywistości chodzi jedynie o poparcie w wyborach, zapewniające im możliwość czerpania stosownych profitów z utrzymywania się w strukturach państwowych.    

Dlatego, jak słusznie ktoś kiedyś zauważył: umiesz liczyć, licz na siebie. Reprezentanci, których wybierasz, bo tak podpowiada ci własne lenistwo i bierność, myślą tylko o swoim. Chcesz realnych zmian, chcesz prawdziwej obrony swoich interesów – przejmuj kompetencje partii i innych samozwańczych ciał reprezentantów, bo nikt inny poza tobą i osobami, które znajdują się w położeniu zbliżonym do twojego, nie zrobi tego lepiej za ciebie.  

Każdy ma być aktywny, każdy ma robić to, w czym się sprawdza. Tyle osób czeka dziś na komendy i zazwyczaj na czekaniu się kończy. Co stoi na przeszkodzie, żeby samemu zainicjować akcję? Bierność. Nic więcej.

Oczywiście rzecz nie w tym, by postawić na pełną samowolkę. Chodzi o zasady współpracy opartej na kooperatywie, czyli ustalaniu bieżących potrzeb i stosownym dzieleniu się obowiązkami w ramach struktury obywatelskiej. Dlatego tak ważne jest również, by inicjatywy własne przesiąknięte były duchem demokratycznego podejmowania decyzji, czyli angażującego wszystkich zainteresowanych działaczy danej grupy przy realizacji określonych projektów, przy jednoczesnym dzieleniu się funkcjami w celu realizacji konkretnych przedsięwzięć.    

Biorąc pod uwagę taki model funkcjonowania inicjatyw własnych, stanowią one na dzień dzisiejszy preludium samorządu obywatelskiego, ustanowienia demokracji bezpośredniej i uczestniczącej w działaniu, bez kosztownych pośredników urzędniczych, bez partii, bez władzy, bez państwa.   

Podsumowując. Mamy już świadomość, która wynika ze zrozumienia swojego położenia niewolnika i zachęca do poszukania rozwiązań na wyjście spod kurateli tzw. góry, w domyśle – sprawujących nad nami kontrolę samozwańczych panów, „pracujących” w podmiotach administracyjno-urzędniczych (od osiedlowych spółdzielni poczynając, a kończąc na instytucjach państwowych). Pojawił się też wątek zaangażowania poszczególnych obywateli z osobna, którzy nie czekają, aż inni opowiedzą się za nich, co w praktyce oznacza rezygnację ze swoich postulatów, tylko sami starają się je wprowadzić w życie, przejmując inicjatywę i zyskując w ten sposób miano społeczeństwa obywatelskiego.   

Dopełnieniem taj wizji społeczeństwa staje się sygnalizowana już konieczność powstania samorządów obywatelskich, pojawiających się w miejsce obecnie istniejących już ciał i przedstawicielstw administracji państwowej. Słuszność tej drogi wynika z prostego przeświadczenia, że państwo jest instytucją wyzyskującą nas pod każdym względem – finansowym i prawnym, gdzie uprzywilejowani za sprawą występowania możliwości użycia siły przeciwko opornym, zrobią z nami co tylko chcą, byle zagwarantować sobie pomyślność własnych interesów.

Trzeba wykłócać się z władzą o każdy skrawek pola, czy to w wymiarze dosłownym, czy też prawnym. Dla społeczeństwa nie ma więc dzisiaj innego wyjścia, jak zabiegać o swoje w ramach aktywnych i demokratycznych grup obywatelskich. Aktywnych, bo tylko aktywność jest dla nas dzisiaj gwarantem godnego reprezentowania samych siebie, a nikt tego za nas nie zrobi lepiej. I obywatelskich, żeby ustrzec się przed powstaniem kolejnych wodzów, przedstawicielstw, instytucji na wzór państwowy, przywracających stary model życia publicznego, oparty na wyzysku i posłuszeństwie wobec państwa i jego grup uprzywilejowanych.

Zasadnicze pytanie brzmi jednak: jak przekonać ludzi skądinąd biernych, żeby przestali wierzyć w państwo i zamiast ciągle narzekać na swoje położenie, zaczęli w końcu pokładać wiarę we własne siły, własne specjalistyczne grupy obywatelskie, przejmujące zadania dotychczas siłą zagarnięte przez państwo? Mowa oczywiście o pomocy medycznej, zapewnieniu bezpieczeństwa publicznego, edukacji itp. A że takie grupy mają prawo istnieć i trwać, uczy nas ludzkie doświadczenie i szereg inicjatyw prywatnych, które niegdyś rozpowszechnione, dzisiaj zostały wyparte siłą przez państwo.

Była już na przykład mowa o tym, że jeszcze przed erą nastania instytucji urzędniczych, ludzie zapewniali sobie edukację, często prowadzoną na przykład przez duchownych. Niektórzy nawet i dzisiaj starają się upowszechniać idę obywatelskiej edukacji. Żeby nie sięgać daleko, warto podać przykład szkoły obywatelskiej z Bydgoszczy: Tworzeniem Obywatelskiej Szkoły Podstawowej, która uzyska uprawnienia szkoły publicznej, zajęła się Fundacja Kreatywnej Edukacji, zarządzana przez rodziców. W szkole tej nie będą funkcjonowały klasy, a uczniowie w rożnym wieku uczyć się będą we wspólnych grupach[1]. Jeszcze przed nastaniem zinstytucjonalizowanego państwa dbano o osoby pokrzywdzone, chore czy porzucone, a to za sprawą różnego rodzaju środowisk i stowarzyszeń charytatywnych, działających przecież nawet i dzisiaj, choć już z pewnością nie w tej formie i kształcie, co niegdyś. Dla poszerzenia wiedzy na ten temat odsyłam do książki Jakuba Wozinskiego pt. „To NIE musi być państwowe”, w której autor dowodzi, że inicjatywy prywatne bardzo dobrze radziły sobie z zadaniami społecznymi, przejmowanymi następnie przez państwo pod presją siły.        

Tak więc, jak przekonać bierne i apatyczne społeczeństwo do tego, że idea samorządności jest realna, i że co najistotniejsze – możliwa w realizacji? Pozostaje chyba jedynie praca edukacyjna w ramach istniejących już stowarzyszeń, które same będą dawać najlepszy przykład na słuszność swojego istnienia.

Nie bez znaczenia będzie też kompromitowanie się samego państwa, które posiada bardzo istotny defekt – automatycznego rozrastania się swoich struktur i przy ich dostrzegalnej niewydolności. W pewnym momencie musi nastąpić przełom, gdy ogół społeczeństwa nie udźwignie już dodatkowych obciążeń prawno-fiskalnych i albo gremialnie będzie emigrował, czego w pewnym stopniu właśnie doświadczamy, albo będzie wymierał, czego też już jesteśmy świadkami, albo po prostu zbuntuje się, idąc na fizyczną konfrontację. Konfrontację ludzi zdesperowanych i głodnych przeciwko dobrze sytuowanym, najedzonym i uprzywilejowanym złodziejom.    

►Wiktor Biskupiec

⇒Społecznościowiec, nr 1 / 2014


[1] Sławomir Gródecki, http://spoleczni.net/index.php?menu=pokaz_wiadomosc&id_wiadomosci=201 (Dostępność: 3.07.2014 r.).


 
 
Luty 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych