2015-02-22

Demokratyczne aspekty rewolucji


We współczesnym świecie rewolucje znacznie przybrały na intensywności. Czasami mają one czysto klasowy, społeczny charakter, gdy o swoje zaczynają upominać się określone grupy społeczne i zawodowe. Klasycznym protestem o podłożu klasowo-społecznym było powstanie bośniackich pracowników (oburzonych bezrobociem, niewypłacaniem wynagrodzeń i prywatyzacją).

Rewolucje mają jednak najczęściej charakter międzyklasowy i demokratyczny, jak np. rewolucje w Egipcie i na Ukrainie. W tym ostatnim przypadku najniższe klasy występują wspólnie z przedstawicielami drobnego biznesu i opozycyjnymi oligarchami; wysuwane są żądania przekazania władzy ludowi i likwidacji dyktatury policyjnej, cele społeczne odsuwane są na dalszy plan (chociaż wraca się do nich co jakiś czas, tak jak do egipskich żądań stałych niskich cen żywności).

Niemniej jednak, wszystkie te ruchy mają ze sobą coś wspólnego: osłabiają one lub całkowicie destabilizują system władzy. Takie zjawiska wywołują zgrzytanie zębów zarówno u przedstawicieli grup aktualnie rządzących, jak i tzw. opozycji, która słusznie konkluduje, że ewentualna podmiana systemu władzy przedstawicielskiej na bardziej demokratyczną i ludową, pozbawi ją stosownych narzędzi do czerpania korzyści ze sprawowania władzy w przyszłości. Inaczej mówiąc, wśród opozycjonistów pojawia się obawa o brak perspektyw do rabowania w nowych (niepewnych) warunkach politycznych.  

Pojawia się pytanie: do czego może doprowadzić rewolucja, już bez znaczenia pod jaką postacią? A uściślając: co jest jej celem? Na pewno destabilizacja systemu, jego demontaż. Sęk w tym, że rewolucjoniści, którzy jak pokazuje historia, odnoszą sukcesy na tym polu, ów „demontaż” rozumieją na swój sposób, co sprowadza się z reguły do tego, że sami zaczynają tworzyć zręby nowego systemu. Może on być nawet tak samo opresyjny, jak poprzedni. Według nich, rewolucja odniosła sukces, choć tak naprawdę przeistoczyła się w nową formę władzy. Stąd powiedzenie: „rewolucja zjada własne dzieci”. Na tym polu rewolucja ponosi porażkę.

Historia potwierdza więc dobitnie, że system będzie funkcjonował w swoich opresyjnych ramach nawet po triumfie rewolucji, która podejmuje się próby jego zreformowania, a nie całkowitego zdestabilizowania (klasyczny przykład – rewolucja bolszewicka, bieżący – nowa władza na Ukrainie po rewolucji na Majdanie, na pewno nie mniej opresyjna wobec osób działających na rzecz powiększenia zakresu władzy obywatelskiej). Tylko pełna destabilizacja systemu (co grupy władzy nazywają „anarchizacją państwa”, vide wypowiedź byłego premiera Tuska o protestach Ukraińców przeciwko rządom Janukowycza) w wyniku procesu rewolucyjnego tworzyła warunki dla prawdziwej demokracji.

Prawdziwa demokracja, czyli taka, która opiera się na demokracji uczestniczącej i bezpośredniej, skuteczna, jeśli dotyczy małych społeczności. Właśnie dlatego regionalizacja jest wyjątkowo ważna.  Stosunkowo niewielka społeczność lokalna jest w pełni zdolna do podejmowania najważniejszych decyzji na swoich zgromadzeniach czy referendach, a dla wykonania decyzji podjętych na danych zgromadzeniach, można utworzyć niewielką radę delegatów, z prawem odwołania jej uczestników w dowolnym czasie.

Oczywiście członkowie danej rady powinni podlegać nieustannej kontroli wspólnoty i nie mogą posiadać żadnych szczególnych praw lub przywilejów na wzór immunitetu. Na przestrzeni wieków właśnie tak wyglądały rządy w niewielkich greckich miastach-państwach i nieuzasadnione jest twierdzenie, że w dzisiejszych czasach rządy takie są niemożliwe. Z kolei wspólnoty mogą formować związki (federacje) w celu rozstrzygania wszelkich problemów na większą skalę.

Zaletą takiego systemu jest fakt, że władza zostaje przekazana bezpośrednio najszerszym masom społecznym, które wciągnięte w wir samodecydowania o sobie, podnoszą swoje kompetencje, stan wiedzy, zwiększają swoją obywatelską aktywność. Z drugiej strony, terytorialna regionalizacja to zdecydowanie za mało dla wprowadzenia prawdziwej demokracji. Fabryki i zakłady, magazyny żywności i ziemia również mogą zostać przekazane pod zarząd społeczeństwa. Każde współczesne przedsiębiorstwo to tak naprawdę monarchia, którą zarządzają przez nikogo nie wybrani władcy ropy naftowej, węgla albo aluminium, a także wyznaczeni przez nich kierownicy zakładów (menadżerowie).

Ci sami ludzie, którzy tworzą system władzy we współczesnym państwie, zarządzają również produkcją; właśnie tam znajduje się źródło ich bogactwa i przywilejów. Posiadając ogromne zasoby finansowe można kupić każdą decyzję polityków i urzędników. Z tego powodu regionalizacja życia politycznego jest bezsensowna, jeżeli nie będzie ona uzupełniona wprowadzeniem w przedsiębiorstwach pełnej władzy zespołów pracowniczych – kooperatywnych abramowskich czy syndykalistycznych – niech każdy wybierze sobie własną formę. Z kolei, zrzeszenie samorządowych zespołów produkcyjnych w federacji może stać się narzędziem długoterminowej strategii ekonomicznej i ściśle uzupełnić terytorialny regionalizm.

Być może świat przyszłości to świat regionów (czy federacji, konfederacji, unii i tak dalej), jednoczący miliardy niewielkich niezależnych wspólnot, współpracujących ze sobą w miejscu i czasie korzystnym dla miejscowej ludności. Z kolei terytorialna sieć zarządzania będzie opierać się na podstawie ekonomicznej – produkcyjnych federacjach samorządowych zespołów pracowniczych, ukierunkowanych, przede wszystkim, na zaspokojenie potrzeb lokalnych.

►G.

⇒Źródło: Wola Ludu


 
 
Listopad 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych