2013-12-03

Wolne porozumienie Kropotkina


Poniżej fragmenty rozdziału Wolne porozumienie z książki „Zdobycie Chleba” Piotra Kropotkina (9 grudnia 1842 – 8 lutego 1921).  

Dzięki odziedziczonym przesądom, dzięki z gruntu fałszywemu wychowaniu i wykształceniu, tak dalece przyzwyczailiśmy się widzieć wszędzie rząd, prawodawstwo i urzędników, iż w końcu zaczynamy wierzyć, że ludzie pozarzynaliby się nawzajem jak dzikie zwierzęta, gdyby oko policjanta przestało nad nimi czuwać, i że na ziemi zapanowałby zupełny chaos, gdyby władza państwowa nagle runęła. W tym zaślepieniu nie dostrzegamy dookoła tysięcy i tysięcy wolnych zrzeszeń, tworzących się bez wszelkiego udziału prawa i, sumą osiągniętych rezultatów, prześcigających wszystko, co się dokonywa pod opieką państwową.

Zajrzyjcie do którejkolwiek gazety codziennej. Szpalty jej poświęcone są wyłącznie działalności rządów i szachrajstwom politycznym. Gdyby jakiś Chińczyk przejrzał nasze dzienniki, nabrałby niewątpliwie przekonania, że w Europie nic się nie dzieje bez rozkazu z góry. Ale spróbujcie znaleźć tam cokolwiek o instytucjach, które powstają i rozwijają się bez udziału rządu! O tym nie ma nic albo prawie nic. Jeżeli prowadzi się rubrykę „wypadków bieżących”, to chyba dlatego, że pozostają w związku z działalnością policji. O jakimś dramacie rodzinnym, o jakimś akcie protestu względem władzy wzmiankuje się dopiero wtedy, gdy do sprawy wmiesza się policja. (...)

Usiłując dowieść za pomocą przykładów, że nawet teraz, pomimo istnienia niesprawiedliwości dzisiejszego ustroju społecznego, ludzie doskonale mogą porozumiewać się bez pomocy państwowej, o ile interesy ich nie są biegunowo sprzeczne, nie przeoczmy jednak zarzutów, które nam postawić można. Przykłady nasze mają jedną słabą stronę – niepodobna wskazać dziś ani jednej organizacji, która by nie spoczywała na wyzysku słabszego przez silnego, biedaka przez bogacza. Dlatego to państwowcy, z właściwą im logiką, nie omieszkają powiedzieć nam: „Widzicie sami, że interwencja państwa jest niezbędna choćby dlatego, aby położyć kres temu wyzyskowi”. Tylko nie biorą oni pod uwagę tego, czego nas uczy historia, przemilczają, iż samo państwo przyczyniło się do pogorszenia tego stanu rzeczy, stwarzając proletariat i wydając go na łaskę wyzyskiwaczy. (...)

Ile razy zdarza się czytać w pismach socjalistów-państwowców wykrzykniki: „A któż w przyszłym społeczeństwie podejmie się regulowania ruchu na kanałach? A gdyby któremu z waszych ‘towarzyszy’ anarchistów przyszło do głowy postawić swą łódź w poprzek kanału i zatamować drogę tysiącom statków  - któżby przywołał go do porządku”?

Otóż życie realne dostarcza dowodów, że i w tym wypadku, jak w wielu innych, doskonale obejść się można bez państwa. Swobodne porozumienie, swobodna organizacja, zastępują kosztowną i szkodliwą maszynę państwową i lepiej spełniają to samo zadanie.

Wiadomo, czym są dla Holandii kanały – są to jej drogi. Wiadomo również, jaki tam ruch panuje. To, co u nas transportuje się drogami bitymi i żelaznymi, w Holandii idzie drogą wodną. W kraju tym powinni ludzie wydzierać sobie oczy o to, czyj statek przejdzie pierwszy. Tu przede wszystkim państwo powinno by interweniować w celu zaprowadzenia ładu.

A jednak dzieje się inaczej. Holendrzy są bardziej praktyczni i już od bardzo dawna potrafili urządzić się inaczej, tworząc gildie czy syndykaty przewozowe. Były to stowarzyszenia wolne, wyłonione pod wpływem potrzeb żeglugi. Ruch statków odbywał się według przyjętej kolei. Każdy statek powinien się do niej dostosować i nie wolno mu wyprzedzać innych pod karą wykluczenia z syndykatu. Żaden nie miał prawa stać na kotwicy w portach dłużej nad pewną ilość dni, po upływie których musiał odpływać nawet bez ładunku, aby opróżnić miejsce dla innych. (...)

Wyobraźcie sobie, co by to było, gdyby w połowie XIX wieku zjawił się ktoś i powiedział: „Państwo, które z taką łatwością potrafi w ciągu jednego dnia wydać na śmierć dwadzieścia tysięcy ludzi, a dwa razy tyle skazać na kalectwo, nie jest zdolne do niesienia pomocy własnym swym ofiarom. Dlatego też – póki wojna istnieje – sprawę tę winna wziąć w swe ręce inicjatywa prywatna. Trzeba, żeby ludzie dobrej woli stworzyli organizację międzynarodową dla tego humanitarnego celu”.

Ileżby to drwin posypało się na człowieka, któryby miał odwagę powiedzieć coś podobnego! Przede wszystkim nazwano by go utopistą, a następnie, gdyby go miano zaszczycić odpowiedzią, to powiedziono by: „Właśnie tam, gdzie najwięcej pomoc będzie potrzebna, ochotników nie będzie! Wasze dobrowolne szpitale skoncentrują się w miejscach bezpiecznych, gdy tymczasem w ambulansach na polu bitwy brak będzie wszystkiego. Zresztą antagonizmy narodowe sprawią, że biedni żołnierze umierać będą bez wszelkiej pomocy”. I każdy miałby tu do dodania jakiś argument zniechęcający. Komuż z nas nie obijały się o uszy krytyki w podobnym tonie!

Wiemy obecnie, jaki obrót sprawa przyjęła. Wszędzie, w każdym kraju, w tysiącznych miejscowościach zorganizowane zostały z ochotników oddziały Czerwonego Krzyża, a gdy wybuchła wojna 1870-71 roku, ochotnicy przystąpili do roboty. Setki mężczyzn i kobiet śpieszyły ofiarować swoje usługi. Zorganizowano tysiące szpitali i ambulansów, pociągi rozwoziły żywność, bieliznę i środki opatrunkowe. Komitety angielskie wysyłały całe transporty żywności, odzieży, nasion dla siewu, narzędzi, zwierząt pociągowych – nawet pługi parowe wraz z obsługującymi je specjalistami – do departamentów francuskich, zniszczonych przez wojnę!

Przeczytajcie dzieło Gustawa Moyniera, pt. „Czerwony Krzyż” – a zdumieni będziecie ogromem dokonanej pracy.

Co do proroków, zawsze gotowych do odmawiania innym męstwa i rozumu, i uważających siebie za jedynie uzdolnionych do sterowania światem podług własnego widzimisię, to żadna z ich przepowiedni nie ziściła się.  


 
 
Luty 2018
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych