2020-10-31

Policja i dziewczynki przeciwko Waldkowi


Tak się jakoś dziwnie składa, że przy większych poruszeniach medialno-narodowych, ogarnia mnie nieodparta chęć wyjścia na ulicę i wykrzykiwania słusznych haseł... Dobra, taka mała ściema na wstępie. W rzeczywistości mam gdzieś, co wypada, a co nie, pakuję rękawice i lecę na trening. Tylko to się liczy – sport, a reszta niech się... nie ma znaczenia.

Znowu rowerem, ale jakże inaczej miałem postąpić w obecnej sytuacji? Próbowałem jeszcze kilka dni wcześniej autem, ale moja kochana stolica została przyblokowana przez „panie”. Cóż, umówiony byłem, znajomy dojechał, ja miałem pecha, podobnie zresztą jak kilkaset kierowców, którzy z pewnością gdzieś nie dojechali. Jednak, jak mówią tu i ówdzie – trening rzecz święta. Kolejna próba dwa dni później.

Spory zapas czasu i w drogę. Wszystko elegancko, pięknie. No właśnie, coś za pięknie. Dojeżdżam prawie pod klub i myk. Dzielna policja blokuje wjazd na ulicę, gdzie dosłownie kilka metrów za skrętem mam parking. Tym razem nie rozwścieczone dziewczynki, ale nasza polska policja staje mi na drodze, dosłownie. Uwagi, że jadę tylko na parking, że mogą sobie blokować, co chcą, jak już mają taką potrzebę, ale niech to robią tych kilka metrów za wjazdem na ów parking, trafiają w próżnię.

Dopiero wjazd w dalszą ulicę kończy się sukcesem. Oczywiście i tutaj policja postawiła zasieki. Miałem chyba jednak ten fart, że trafiłem na policjantkę, a tej naściemniełem, że moje biedne wyimaginowane dziecko marznie teraz pod salą treningową i muszę je odebrać. Pani w mundurze chyba włączył się instynkt macierzyński, bo pozwoliła mi wjechać i zaparkować na ulicy, gdzie i tak nic się nie działoPrzy okazji nadmienię, że już po treningu zobaczyłem, że panowie policjanci jednak stanęli blokować wjazd... za parkingiem.

Wreszcie, dostaje się na salę treningową, ale zanim to nastąpiło, przechodzę obok wozów policyjnych (suka kiedyś ładnie brzmiało), odprowadzany spojrzeniami chyba setki panów policjantów. Ja wiem, że gdy udają stróżów prawa, zawsze patrzą krzywo na obywateli, jak to kiedyś śpiewał zespół The Gits. Wiadomo, są tutaj po to, żeby nam „służyć i nas chronić”. Tak więc klasycznie, krzywe spojrzenia, a na dokładkę jeszcze tekst od jednego z nich: „gdzie maseczka?”. Szybka ocena sytuacji i równie szybka odpowiedź: „kto ma brodę, ten nie nosi”. I znowu szybka kalkulacja: „chyba jednak znowu nie dojdę na ten trening”. Ostatecznie, jeden coś tam pomruczał do drugiego i mnie olali. Udało się, jestem na sali, co jak widać w dzisiejszych realiach już samo w sobie jest wyczynem.

Ale idźmy dalej. Jeden trening na tydzień to zdecydowanie za mało. Mamy kolejny dzień, słynny piątek i tzw. najazd na Warszawę naszych kochanych „pań”. Sparaliżowane miasto – to pewnik. Tak więc w ten typowo jesienny chłodny wieczór, mi, miłośnikowi boksu pozostaje tylko dostanie się na trening rowerem. Co tam rozwścieczone małolaty, tabuny policji, pandemia grypy Covid – jak ciągnie na salę treningową, to nie ma przebacz.

Jeszcze tylko esemesik do trenera czy to on dzisiaj prowadzi trening, czy może będzie zastępstwo. Oczywiście brak odpowiedzi, ale podobno jest teraz nieosiągalny. Bo musicie wiedzieć, że trener, do którego często zaglądam, zaangażował się w bronienie kościołów. Nie będę tego komentował, tego czy lekceważy swoje obowiązki, tudzież wypełnia swoją misję, ale w ostatnich dniach miał zastępstwa. A ja lubię po prostu wiedzieć, kto poprowadzi trening. Wiadomo, każdy trener ma swoją szkołę. Inna sprawa, że teraz podobno łatwiej przy kościołach właśnie o jakiś mały sparing, więc może takie „okazje” pchają co poniektórych w tamtym kierunku? Szczerze odradzam i polecam salę treningową. Bóg się obroni, spokojnie.        

Ostatecznie na sali zameldowało się nas 6 sztuk. Widać panika przed blokadami zrobiła swoje i dotąd tętniąca życiem sala wyglądała na prawie pustą. Chyba nie każdy widział w rowerze sposób na transport tego dnia. Zastępczy trener okazał się dobry, choć treningu w pełnym wymiarze już nie zrobił. Nic to, swoje zaliczyłem, a i sam powrót rowem do domu z torbą pełną mokrych ubrań jest treningiem samym w sobie.

Oczywiście chciałem uniknąć tłumów po drodze. Już nie tylko z obawy o wirusa grypy Covid, ale ze względu na pewną niechęć do ideologicznie zakręconych w lewą stronę małolatów-oszołomów. Udało mi się to tylko połowicznie. Tłumów wprawdzie uniknąłem, jednak los nie był dla mnie w pełni łaskawy i nie obeszło się bez spotkania tych smutnych młodych ludzi.

Tak więc jadę sobie rowerkiem ulicą, a po drodze mijam dwóch typków i dwie dziewczynki, dzierżące w swoich dłoniach tekturki ze swoimi wypocinami. I tu następuje zwrot akcji. Gość odwraca się do jednej z dziewczynek i wali do niej po chamsku: „co się do mnie burzysz?!” (swoją drogą w tym środowisku ponoć szanują kobiety). Druga z tych panienek, myśląc chyba, że to ja zaatakowałem w jakiś słowny sposób jej koleżkę, momentalnie dostrzegła we mnie wroga politycznego i wali mi prosto w twarz: „j...ć PiS”. Nie wyglądała na pijaną ani naćpaną. Tak po prostu zachowują się ideolodzy. Tworzą sobie wrogów, atakują i już. A niby skąd te wojny?   

Może myślicie, że się zatrzymałem i jakoś zareagowałem? Gdzie tam. Po prostu ją olałem. Bo tak się składa Panie i Panowie, że jak przystało na człowieka, który uważa swoje poglądy za w gruncie rzeczy anarchistyczne (tak, dobrze czytacie), hasła tego rodzaju mnie nie ruszają. Więcej, rozciągam je na cały ustrój państwowy. Po za tym, takich ludzi się omija, zbywa czy co tam wolicie na określenie „nie poważa”.

I dalej nie wierzę też w ten mit, że te „panie”, co protestują lub w ogóle ludzie podszywający się w Polsce pod anarchizm są anarchistami. Anarchiści żyli, ale w XIX w., tudzież można ich jeszcze ewentualnie spotkać w dzisiejszej Grecji lub Rosji. To, co dzisiaj nazywa się anarchistami i maluje anarchie na kościołach to zwykła lewica, lewactwo. Przy okazji dzieciarnia z bogatych domów, którą jak widać bardziej interesują kwestie obyczajowe, niż realna walka z dyktatem władzy w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Ale to już temat na inną historyjkę.

Po tych wszystkich perypetiach chyba pora na wyciszenie. Nie wiem jak wy, ale ja idę jutro do... kościoła (tak patrząc na zegarek – w zasadzie to już dzisiaj). Nie, oczywiście nie po to tam idę, żeby stanąć na schodach i cyknąć sobie fotkę, jak przystało na obrońcę „chrześcijańskich wartości”. Wejdę do środka, pomodlę się, wysłucham, co ma mi do powiedzenia Bóg. Potem oczywiście na różny sposób to odbiorę, ale bez Niego ten dziwny świat jest nie do zniesienia. Pozdrowienia dla ludzi, którzy są w treningu. Korzystajcie z sal, mat i ringów. Nie wiadomo jak długo jeszcze pozostaną otwarte.

Waldek



 
 
Czerwiec 2021
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych