2020-03-14

Władza i wirus kontra moje bezpieczeństwo


To ja, Waldek, przedzieram się do Was przez zastępy wirusów z dobrym słowem. Ci na górze oraz histerycy kazali mi zostać w domu. Nie, żebym ich posłuchał, ale jakoś tak nie mam dziś ochoty spacerować pomiędzy blokowiskami, choć zacinający wiatr i śnieżyca za oknem wyglądają całkiem urzekająco, wręcz hartująco.  Hartowanie się, to chyba powinna być teraz ważna sprawa, tak czy nie?

Ja zawsze wzmacniałem się poprzez sport. Problem w tym, że mój klub zamknął swoją salę treningową do odwołania. Może trochę histeryzując, może pod wpływem nacisków z przysłowiowej góry? Tak czy owak, od tej chwili zasada „sport to zdrowie” przestała jakby obowiązywać. I po co ta cała paplanina, że do zachowania zdrowia potrzebne są: regularny wysiłek fizyczny plus prawidłowe odżywianie?

No właśnie. À propos prawidłowego odżywania. Byłem zwolennikiem jadania tzw. lunchów w restauracjach.  Żadne tam fast foody. Miałem fajny lokal: porządne domowe i urozmaicone obiadki, do tego w konkurencyjnej cenie, miła obsługa.  I żeby było ciekawiej, nie było tam żadnych tłumów (na pewno nie więcej, niż na ruchliwym chodniku – może by tak zamknąć Marszałkowską?), potencjalnych zarażonych. Do tego duża i przestronna sala, więc ryzyko zarażenia tym mniejsze. Teraz odebrali mi również pożywny posiłek. Dziś na obiad naleśniki z serem i dżemem. Tak, też dobre. Dla małych dziewczynek.

Dodajmy do tego histeryków, którzy wykupują ryż ze sklepów. Jakby mi jeszcze tego ryżu zabrakło, to już praktycznie moja dieta leży. Pozostanie chyba sam cukier, czyli batony i tabliczki czekolady. Ciekawe, że ludzie robiący te zakupy na zapas nie zdają sobie sprawy, że mogą sami przyczynić się do ewentualnych braków towaru na półkach, czego pewnie tak panicznie się boją. Każdy myśli tylko o sobie, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Ludzie, którzy mnie choć trochę znają, mogą się dziwić, że nie panikuję na samą myśl o koronawirusie. Na co dzień postrzegają mnie jako ekscentryka, zabawnego szajbusa, który po wspólnym treningu lub przed nim, woli nie wchodzić w kontakt bezpośredni za pośrednictwem wspólnych uścisków dłoni (wstręt do bakterii itp.). W moim przypadku jest to zjawisko tym bardziej ciekawe, że trenuję sporty wybitnie kontaktowe, gdzie motywatorem do pracy jest zawołanie: „więcej potu na treningu, mniej krwi w boju”.

Tak, od pewnego czasu, być może ze względu na wykonywany zawód lub z braku zaufania do higieny ludzkiej, której raczej nie widzę w społeczeństwie, zacząłem bać się tzw. zarazków, stąd moje śmieszne zachowanie. Potrafię na przykład otwierać klamki od drzwi publicznych przez woreczki foliowe lub często myć ręce. I teraz rzecz najciekawsza. Zamiast podawać dłoń, często witałem się przez… stuknięcie łokciem. Chodzi tu głównie o salę treningową. Część to zaakceptowała, ale wszyscy się z tego podśmiewali. Teraz dowiedziałem się, że góra w osobie tzw. wicepremiera zachęca do podobnych praktyk. Wcześniej mieli mnie za świra, teraz gdy władza przyklasnęła mojej metodzie, to może będę uchodził za jakiegoś pieprzonego wizjonera?  

Tak, zdaję sobie sprawę, że moje zachowanie i ogólnie witanie się przez łokieć jest nieracjonalne, bo wystarczy po prostu systematyczna dbałość o higienę osobistą. Nie, żebym nie walczył ze swoimi słabościami. Ale nie boję się żadnego koronawirusa, bo raz, że poczucie ostrożności/zagrożenia ciągnie się za mną już od kilku lat (oswoiłem się), a dwa, że nie potrzebuję instruktarzu o prawidłowym sposobie mycia rąk, gdyż wypełniam go od dawien dawna. Jeśli teraz ludziska kupują mydło na potęgę, to oni moim zdaniem zasługują na miano świrów, ja tylko co najwyżej trochę przesadzam, nikomu zresztą nie wadząc. Jest jednak jeden pozytyw tej sytuacji – może teraz wzrośnie ogólna wiedza o higienie w społeczeństwie?

Inaczej mówiąc, potrzebna jest ludzka odpowiedzialność. Ciężko jednak o takową w społeczeństwie, w którym każdy patrzy tylko na siebie. Przychodzę chory do pracy, na trening i kaszlę ci przed twarzą. Czy jest to odpowiedzialność? Czy zwracamy uwagę na drugiego człowieka, czy myślimy tylko o sobie? Niestety, to kwestia kultury i zwyczajów, a te jak wiadomo narzucane są odgórnie, albo przez rodzinę, albo właśnie przez państwo/instytucje.

Jakby to wyglądało, gdyby państwo w takiej sytuacji, jaką mamy obecnie, nie funkcjonowało i nie narzucało swoich ograniczeń, aby powstrzymać epidemię? Co sprowadza się do kwestii, co byłoby, gdyby człowiek ponosił pełną odpowiedzialność za swoje decyzje? Gdybym musiał z własnych środków opłacać swoje leczenie, czy byłym nieostrożny i po prostu wszelkimi sposobami nie dbał o siebie? Teraz liczę na pomoc szpitali państwowych, instytucji państwa. Władza czuwa, czyli ja tak do końca nie muszę. Moja odpowiedzialność i czujność spadają. Pojawiają się nawet tendencje do lekceważenia odgórnych decyzji.

To tak, jak z odpowiedzialnością/kulturą na drogach, co może jest wymowniejszym przykładem. Czy gdym musiał odpowiadać finansowo i karnie za spowodowanie wypadku na drodze, na przykład utrzymując rodzinę osoby, która zginęła z mojej winy, czy wtedy nie jeździłbym ostrożniej? Czy dzisiaj, gdyby istniała odpowiedzialność za ewentualne zarażenie osób trzecich przez swoje zaniedbanie i nieprzestrzeganie zasad higieny i ostrożności, czy takie społeczeństwo nie wprowadziłoby skuteczniejszych metod walki z epidemią, niż proponuje to państwo swoimi na szybko wymyślanymi zakazami?

Ktoś powie, że w takiej sytuacji mamy wybór między bezpieczeństwem, które gwarantują nam urzędnicy państwowi, a wolnością, którą określa właśnie wspomniana odpowiedzialność. Chcesz być wolny, to musisz być odpowiedzialny za siebie i otoczenie, bo żadna instytucja tego za ciebie nie zrobi. W myśl tej teorii bezpieczeństwo nie idzie w parze z wolnością, bo albo chcesz, żeby państwo ci coś narzucało, tłumacząc to twoim dobrem, albo decydujesz się na wolność, ale musisz sam zatroszczyć się o siebie.

Myślę, że ten zgrzyt pomiędzy bezpieczeństwem a wolnością to trochę mitologia. Nie czuję się bezpieczniej z ograniczeniami, jakie narzuciło państwo w kwestii epidemii. Jak już chociażby wyżej przedstawiłem to na swój sposób, odebrano mi treningi i dobry posiłek, które nie tylko ja, ale powszechnie uważa się za podstawę zdrowego trybu życia. Ustalono ograniczenia zgromadzeń do 50 osób. Dlaczego nie do 40 albo 30? Kto ustalił, że epidemia jest groźna tylko w grupach powyżej 50 osób? Jakie to ma uzasadnienie? A te przymusowe kwarantanny domowe? Ktoś się zastosuje, ktoś inny nie. Kto to skutecznie sprawdzi? Zawsze się znajdą ludzie nieodpowiedzialni, którzy nie będą przestrzegać jej zasad.

Jeśli być konsekwentnym w walce z epidemią, to należałoby zakazać wszelkich skupisk ludzkich – transportu publicznego, pieszego przemieszczania się ruchliwymi ulicami (może godzina policyjna?), łącznie z wizytami w kościołach (tak na marginesie, nie czepiam się teraz Kościoła, mam na myśli budynek). Jako urzędnik państwowy dodałbym jeszcze obowiązek (pod groźbą kary oczywiście) noszenia ciepłego nakrycia głowy w temperaturze poniżej, dajmy na to: 5 stopni Celsjusza.

Dopiero wtedy bym uznał, że rzeczywiście państwo ma argumenty potrzebne do tego, żeby zadbać o moje i nasze bezpieczeństwo. Może zacząłbym wierzyć w tezę, że państwo wie za nas lepiej, co jest dla nas dobre, a co za tym idzie – zacząłbym tolerować sytuację, w której państwo dyktuje nam, co mamy robić, jak się prowadzić, w jaki sposób spędzać czas. Krótko mówiąc, może uwierzyłbym w to, do czego przekonywali już ojcowie założyciele państwa – że zostało ono powołane do służenia ludziom, nie ich okradania.

No właśnie, słowo „może” jest tutaj kluczowe. Dobrze wiemy, że do zakazów państwowych ludzie będą stosować się po swojemu, oraz że te obecnie obowiązujące nie zapewniają bezpieczeństwa, co najwyżej w niewielkim stopniu ograniczają ryzyko. Podobnie jest z kamerami monitoringu miejskiego. Gdy ich liczba w przestrzeni publicznej rośnie, przestępczość w społeczeństwie wcale nie spada (nie jest przez to bezpieczniej), co najwyżej w niewielkim stopniu wzrasta skala wykrywalności sprawców wandalizmu.

A czy wolność musiałaby wiązać się z utratą bezpieczeństwa? Tak jak już wyżej wspomniałem chociażby na przykładzie wypadków drogowych, niekoniecznie. Społeczeństwo ludzi wolnych (w tym przypadku od państwowych zakazów) musi być odpowiedzialne we własnym zakresie. Jeśli będzie czuło na sobie piętno kary, która może spotkać każdego osobiście w wyniku własnych zaniedbań (a nie odmowy przestrzegania odgórnych nakazów), będzie to społeczeństwo przeczulone na punkcie własnego bezpieczeństwa. Zatroszczy się o bezpieczeństwo, a przy okazji zachowa wolność. Może też z niej świadomie zrezygnować w imię jakichś ograniczeń, ale robiąc to przynajmniej dobrowolnie, a nie pod przymusem.  

Tak, rozumiem, że jest to piękna utopia. Prawdą jest, że nie ma takiego społeczeństwa ludzi wolnych. Ono istnieje może tylko w naszych pierwotnych wyobrażeniach albo właśnie wśród ludzi pierwotnych, gdzieś w dżungli na końcu świata. Tresura państwa jest rozbrajająco silna i bezwzględnie skuteczna w zwalczaniu postaw wolnościowych u ludzi zarówno na polu propagandy (dla bardziej łatwowiernych i uległych), jak i przymusu bezpośredniego (dla mniej łatwowiernych i mniej pokornych). Tylko niech to państwo nie ma potem do nas pretensji, że jesteśmy nieodpowiedzialni obywatelsko, skoro zabija w nas wszelkie poczucie wolności, której będąc nienauczonymi, nie potrafimy powiązać z odpowiedzialnością za swoje wolne czyny. Jeśli przysnęliście, to przypominam: wolność to odpowiedzialność.     

Waldek



 
 
Sierpień 2020
Pn Wt Śr Cz Pi So Nd
12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31
Wszelkie prawa zastrzeżone (C) Portal Inicjatyw Oddolnych